PETER JOHN BIRCH – When the Sun’s Risin’ Over the Town (Borówka Music)

Była (może i nadal istnieje) kiedyś taka odmiana artystycznego muzykowania jak piosenka aktorska/poezja śpiewana. Szczerze jej nienawidziłem, bo kojarzyła mi się z nadętymi studenciakami albo wszechstronnymi aktorami – klezmerami, co to w wyciągniętych swetrach, przy akompaniamencie nie do końca nastrojonej i koniecznie akustycznej gitary prezentowali swoje górnolotne i poetyckie przemyślenia, udając takich, co to są ponad zwykłą i szarą przeciętność. Poza tuzami gatunku (Kaczmarski, że wymienię znane mi nazwisko) reszta była i jest przeraźliwie nudna i głupia. I tu dochodzimy do sedna, czyli tego, że w zaskakujący sposób powróciła moda na takie muzykowanie w postaci alternatywnej (Scott Kelly, że znowu wymienię znane nazwisko…), choć teraz o takich, mocno antycypowanych artystach mówi się z angielska „songwriter”. I do tej grupy niewątpliwie można zaliczyć twórczość Petera J. Bircha, czyli, mówiąc po ludzku – Piotra Jana Brzezińskiego z Wołowa. 

Pan ów szerszej publiczności znany jest raczej jako perkusista świetnej grupy Turnip Farm, okazuje się jednak – co z dumą anonsuję – że garkotłuki, wbrew panującej opinii, nie są tępymi mięśniakami, ale prawdziwymi artystami. Piotr sięgnął po gitarę już dawno temu,  w 2009 pojawiła się pierwsza ep – ka, zaś debiut został zamknięty jesienią ubiegłego roku. I tu zaczyna się zaskoczenie, bo muzyka to nie nudne pitolenie na „pudle”, ale pięknie zaaranżowane, bogate pieśni, które z jednej strony dotykają akustycznych dokonań Chrisa&Carli (duet znany z zespołu Walkabouts) a z drugiej brzmień w stylu Akron/Family, choć to raczej echo delikatne. Może dorzucę jeszcze Cave’a (gdyby ten był choć ciut weselszy) i Yorka (gdyby był mniej przymulony…). Przede wszystkim muzyka Petera wyróżnia się miażdżącą dawką optymizmu, którym dodatkowo potrafi zarazić słuchacza. Podchodziłem do płyty dość sceptycznie, jednak zostałem kupiony. Być może jednym z elementów decydujących o powodzeniu krążka jest to, że muzyk zaaranżował swoje kompozycje na bogato – jest i sekcja rytmiczna, dodatkowe wokale, pianino i różne, delikatne syntetyki, słowem – świetnie brzmiąca muzyka w pełnym tego słowa znaczeniu. Choć oczywiście, głównie liczy się kompozycja i struny – gitarowe i głosowe, rzecz jasna.

Piotrek obraca się w konwencji łączenia akustycznego bluesa i z delikatnymi wpływami country, słychać też wyraźną fascynację gospel. Wszystko jest podane w lekko popowej konwencji, czyli zero eksperymentów, maksimum piosenki. Aranże są na tyle oszczędne, że zmysł kompozytorski głównego bohatera nie ginie w fakturze brzmień. Dyskretne, bardzo czujne podkłady jedynie uwypuklają melodykę, doskonałe brzmienie gitary i bardzo, ale to bardzo amerykańskiego ducha artysty. Istotne jest też to, że Piotr ma po prostu dobry głos. Nie męczy, nie fałszuje i ma na dodatek bardzo ciepłą barwę. Nie musi zatem silić się na udziwnienia artykulacyjne, nie musi stylowo „chrypieć”, zwyczajnie śpiewa i słychać, że nie sprawia mu to żadnego kłopotu. I już w tym miejscu wygrywa rywalizację z połową profesjonalistów i całą stawką reklamowanych w TV pretendentów do muzycznego stołu, którzy poza popularność na swojej ulicy nigdy nie wyjdą, nawet jeśli pokażą gołą dupę w mastbidemjuzik. Bo talent, poparty wieloletnim doświadczeniem jest w tym przypadku miażdżącą przewagą i tyle.

Peter John Birch aktualnie intensywnie promuje swój debiut, grając od Chełma po Utrecht i od Więcborka po Londyn. Widać, ma wzięcie, jest na fali i tylko życzyć dalszych sukcesów. Gotowa jest też (chyba) zespołowa odsłona projektu pod jakże smakowitą i wiele mówiącą nazwą Peter J. Birch and His River Boat Band, spodziewać się zatem należy samych dobroci. Czyżby wyrastał nam rodzimy bard na miarę Australijczyka? Ja w każdym razie zapodaję sobie co rano dawkę debiutanckiej płyty, która luzuje mnie przed wyjściem na krwiożerczą ulicę. Wam zalecam to samo – może warto posłuchać Piotra z Wołowa zamiast codziennej  propagandy tvn24…

Arek Lerch

Pięć