PETER J. BIRCH – The Shore Up In The Sky (Borówka Music/Gusstaff Records)

Ile trzeba mieć samozaparcia i odwagi, by przemierzać setki kilometrów z akustyczną gitarą, spać po kątach u organizatorów, grać w małych klubach, festiwalach ale i w domach, czy nawet… stodołach. Życie wędrownika i kolejne płyty to jest to, co Peter J. Birch lubi najbardziej. I właśnie za kilka dni premierę będzie miała następczyni świetnego krążka Yearn. Nowe dzieło, zarejestrowane z towarzyszącą trupą to nieco inny wizerunek brodatego barda, który tym razem głęboko ukłonił się amerykańskiej tradycji.

Po lekturze płyty wniosek jest jeden. Peter nagrał swój własny „Rattle and Hum”. Co innego jednak chcieć, a co innego móc; nowe piosenki brzmią tak, jakby Peter skonstruował wehikuł czasu i przenosił się do różnych epok w muzycznej historii USA. Trudno w to uwierzyć, ale muzyka, która powstała niemal intuicyjnie, brzmi, jak jakieś zapomniane nagrania różnych, mniej lub bardziej utytułowanych, amerykańskich pieśniarzy. Wsiadamy zatem do wehikułu i udajemy się w podróż do świata rockowej klasyki.

Nowe dźwięki Petera, ze względu na pełny skład muzyków, są zdecydowanie najgęstszymi, jakie kiedykolwiek nagrał. Jasne, nie ma tu takich zaskoczeń jak na mocno miejscami eksperymentalnym „Yearn”. Tym razem dostajemy klasyczny, odarty z nowinek i zanurzony w amerykańskiej tradycji, nostalgiczny zestaw opowieści. Peter lubi wyzwania i zmiany, zatem lądujemy np. na polu bawełny, gdzie murzyński bluesman zawodzi ku niebiosom („I’ve Got This Train”), zapuszczamy bokobrody a la stary Elvis („Old Fashioned Hollywood”) a potem wpadamy z wizytą do Dylana, łażącego parszywymi bulwarami Nowego Jorku („Everyday Changes”). To jednak tylko kilka wyznaczników – punktów odniesienia, na których zasadza się pomysł Petera. Nad całą płytą unosi się duch akustycznego, folkowego grania, bluesowej głębi i klasycznego rocka. Najbardziej zaskakuje autentyczność tej muzyki, co tłumaczyć można jedynie talentem ich twórcy. I choć zasadniczo płyta jest elektryczna, miejscami nawet lekko hałaśliwa, największe wrażenie znowu robią te kawałki, które obdarto z gęstszych aranżacji instrumentalnych, bo wtedy docieramy do korzeni. Jeśli nie wierzycie, zmierzcie się z uroczymi, balladowymi pieśniami w rodzaju utworu tytułowego, „New Prince”, folkowego „Gallants” czy wyciągniętego z zamierzchłych lat 60. brzmiącego niczym zapomniany klasyk „Black Tombstone”. Jedynie otwierający płytę rock’n’roll „Wake Up Louisiana” zdaje się lekko odstawać od wysmakowanej reszty, choć może właśnie taki hałaśliwy otwieracz jest dobrym pomysłem. Za to na końcu, po paru minutach ciszy, dostajemy bonusowy, ukryty kawałek, brzmiący niczym rozimprowizowany Neil Young. Peter

Peter wykazał się na tej płycie dużą przenikliwością i dogłębną znajomością starej, dobrej, amerykańskiej tradycji, przez co być może troszkę utracił orzeźwiającą autentyczność debiutu i nutkę eksperymentu obecną na „Yearn”, jednocześnie udowodnił jednak, że ma nieprzeciętne zdolności interpretacyjne i warsztat, pozwalający mu bez problemu wcielać się w różne role. A przy tym ponownie bez większych ciśnień stworzył kilka piosenek, które mają szansę zawojować eter. I choć tym razem nie ma Albumu Tygodnia, pozostaję wiernym fanem i z niekłamanym podziwem obserwuję kolejne etapy podróży przez świat. Ciekawe gdzie jeszcze zawędruje Peter J. Birch…

Arek Lerch 

Zdjęcie: Jarosław Klamka

Pięć