PESTILENCE – Obsideo (Candlelight Records)

Przed każdą premierą kolejnego albumu Pestilence mogę powtórzyć za Nel Rawlison, bohaterką „W pustyni i w puszczy”: „Jasiu, ja się boję”. Wobec imponującego dorobku Holendrów i ich eksperymentatorskiej natury, zapowiedź nowego albumu to widmo dziegciowej asteroidy w beczce samych miodnych płyt albo kresu nieustających dotąd poszukiwań trutni za inaczej smakującym deathmetalowym nektarem. Dla jednych miodowy kat pojawił się już w 2009 roku za sprawą „Resurrection Macabre”, dla innych cokolwiek interesującego w Pestilence umarło wraz ostatnim bzyknięciem „Testimony of the Ancients”. Śpieszę donieść, że na premierowym „Obsideo” trutnie śpią i ktoś rzuca kamieniami do beczki.

Pestilence zakończył swój żywot w 1994 roku, uznając, że dalsza ewolucja zapewne nie mogłaby odbywać się pod szyldem Pestilence, a death metal i Magneto są be. Hołubiłem wtedy łabędzi śpiew Holendrów jako ptasią mowę o wielkim, nierozwiniętym w pełni potencjale, do którego dochodzili albumami wyłącznie przełomowymi. Z nastaniem 2008 roku Mameliemu podano sole trzeźwiące, a ten niespecjalnie skruszony zapowiedział wskrzeszenie Pestilence o iście death metalowym obliczu. Uproszczony, skondensowany death metal z obniżonym strojem gitar, wydestylowany z thrashowych naleciałości, zionął groovem, przejmującą intensywnością i przerażająco wyrafinowaną bezwzględnością. Z technicznego punktu widzenia Pestilence zaproponował wtedy zbrutalizowane wariacje na temat a. głównego riffu z „The Process of Suffocation” i b. refrenu z „Multiple Beings”. „Doctrine” z 2011 roku to przetasowanie Mameliowej talii. Wzbogacenie (choć należałoby powiedzieć „zubożenie”) warstwy gitarowej o większą ilość death-core’owych naleciałości, zwolnienie temp, bardziej jazzująca sekcja rytmiczna, większa ilość solówek o „spherowym” zabarwieniu, antyreligijna tematyka, wyższej postawione wokalizy. Wszystko to powodowało, że dla zdrowych uszu krążek jawił się jako dalsze i nieoczywiste rozwinięcie wcześniejszej formuły, nawet jeżeli ta nadal nie odpowiadała na oczekiwania fanów – nie oszukujmy się – bielutkich ząbków Martina Van Drunena.

„Obsideo” jest dojściem do końca drogi poszukiwań albo przynajmniej przystankiem, który trwa zbyt długo. Zespół okopał się tu piaskiem uzyskanym ze skał, które rozbijał młot makabry i religijnych doktryn. Świadomie lub nie, poczyniono pewne starania, aby tym razem fani nie mogli postawić „Obsideo” dwóch zasadniczych zarzutów podnoszonych wobec „Doctrine”: rozhisteryzowanych wokaliz i jumpmotherfuckeryzmów w postaci spowolnienia temp i hipopotamowej riffierki. Dlatego wysokość wokaliz obniżono, rezygnując tym samym z większej ich ekspresyjności, a warstwę instrumentalną zagęszczono koncentratem z blastów i gitarowych ozdobników, odpędzając obecny na „Doctrine” „all that jazz”. Te kosmetyczne w istocie zmiany pozostają irrelewantne wobec bezczelnego kopiowania przez Mameliego swoich własnych riffów z dwóch ostatnich płyt. Charakterystyka tychże zupełnie nie uległa zmianie, bo szef tej ekipy nadal utrzymuje, że jedyną receptą na bolączki współczesnego metalu jest okład z nisko strojonej gitary Diamonda Darrella wtłoczonej w wojskowy dryl, pozbawionej radosnego emblematu union jack. Bez znaczenia są tu starania nowej, internacjonalnej sekcji rytmicznej (Haley, Maier) – hipopotama chłopie nie zmienisz.

„Obsideo” to wypadkowa cech swoich poprzedniczek, którym nie mogłem jednak postawić zarzutu wtórności i braku oryginalności w obrębie twórczości Pestilence. Może właśnie owa wypadkowość zmierzająca ku wypośrodkowaniu pewnych zastosowanych wcześniej elementów stanowi o przeciętności tej płyty. Ta miła w odsłuchu deathowa rzetelność i sprawność techniczna muzyków, pozbawiona potwornej dzikości i jazzującej frywolności, nie stanowi już dla mnie wystarczająco interesującej pożywki. Jakkolwiek pozornie jakość muzyki na „Obsideo” nie odbiega o takich hitów zespołu jak „Hate Suicide” czy „Sinister”, jednakże brakuje mi tutaj zęba szaleństwa, ducha eksperymentu, który jako wyróżnik zostaje w głowie słuchacza. Uczciwie przyznaję, że Mameli nie stracił umiejętności produkowania nośnych, energetycznych piosenek, do których zawsze miałem słabość, jednak w przypadku dziedzictwa Pestilence, które budowano gdzieś w gwiazdach, dziś kłania się bondowe „świat to za mało”.

Stało się więc to, co stać się kiedyś musiało: świat Pestilence stanął w miejscu, a mnie po raz pierwszy od czasu rezurekcji wstydliwie zamarzył się wizjoneryzm „Testimony of the Ancients”. Pomimo tego, że nie znamy dzisiaj precyzyjnej odpowiedzi na pytanie jak długo Mameli będzie traktował nas tymi samymi hipo-dźwiękami, dzięki „Obsideo” po raz pierwszy odnośnie Pestilence wydaje nam się, że posiedliśmy niechciany dar przewidywania muzycznej przyszłości Holendrów.

Kuba Kolan

Cztery