PESTILENCE – Doctrine (Mascot)

Kiedy prawie dwa lata temu recenzowałem na łamach Blackastrial poreunionowy album Pestilence, pokusiłem się o próbę wniknięcia w pogmatwany umysł Patricka Mameli. Wzorem bohaterów niedoścignionego „Being John Malkovich”, nie odmówię sobie tego i tym razem. Na moje oko wygląda na to, że ten niezwykle utalentowany facet ugrzązł rozdarty między osobistymi ambicjami artystycznymi a potrzebą sprostania oczekiwaniom fanów, a przynajmniej własnej wizji tych oczekiwań… Nie ustaliłem jeszcze co prawda, która z tych sił sprawia, że wciąż nagrywa dobre płyty, ale na pewno coś wymyślę.

Odpytany w rzeczonym Blackastrial Mameli nie ukrywał, że na jednoznacznie deathmetalową orientację „Resurrection Macabre” wpłynęło chłodne przyjęcie „Spheres”, która naówczas zebrała pochwały od krytyków i baty od szerokich mas. Łaska fanowska jednak na pstrym koniu jeździ, stara szkapa zdążyła więc przez te parę lat pogalopować w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Nowe pokolenie słuchaczy pokochało „Spheres” z całym dobrodziejstwem syntezatorów gitarowych, progrockowych zagrywek i fusion-jazzowych podziałów rytmicznych . Na własne oczy widziałem entuzjazm, z jakim na koncercie witany jest „Mind Reflections”, choćby i mocno przearanżowany. Kto wie, być może więc obecny zwrot w kierunku swobodniejszego grania, jakim Pestilence pożegnał się ze sceną osiemnaście lat temu jest posunięciem wykalkulowanym i obliczonym na zdobycie poklasku…

To, że „Doctrine” startuje tam, gdzie skończył się „Spheres” nie oznacza odcięcia się od „Resurrection Macabre”. Pozostały więc i blastbeats, i twardo ciosane gitary („Sinister”), ale tak naprawdę nie one nadają tonu płycie. Przede wszystkim, zmiana kadr w sekcji rytmicznej przepędziła, deathmetalową w duchu amerykańskim, motorykę „Resurrection…” – Thesseling i Van Eekelen pozwalają sobie na znacznie więcej swobody i fantazji, będąc przy okazji tandemem na tyle zdyscyplinowanym, że świetnie radzą sobie także w „moshpitowej” rytmice. Mameli i Uterwijk również przesunęli akcent w stronę fusion, solówek jest jakby więcej (procentowo tego nie wymierzę, przepraszam), kompozycje nie wpisują się już tak wyraźnie jak na poprzednim albumie we „współczesny” nurt death metalu. „Doctrine” nie jest jednak płytą bez wad, a tandetna okładka nie jest największą. W ogólnym rozrachunku najgorzej wypadają wokale. Nie chodzi nawet o to, że po odejściu Martina Van Drunena lepiej być i tak nie mogło, bo Mameli potrafi udźwignąć repertuar stary i nowy tak w studio, jak i na koncertach. Nie wiedzieć dlaczego, tym razem postanowił skrzeczeć na jednym tonie, a przy tym mocno manierycznie, z irytującym zaciąganiem końcówek wyrazów. Licho wie, czemu to miało służyć. Sugeruję trzymać tę płytę z dala od waszych dorastających dzieci, bo będą się z was śmiały przez tydzień, że takich głupot tata słucha.

Jako jedna z pięciu-sześciu osób na świecie, które autentycznie polubiły „Resurrection Macabre”, jestem „Doctrine” lekko skonfudowany. Mimo słabych punktów chętnie do tej płyty wracam, udając, że to nie ma znaczenia, iż konkurencyjny w pewnym sensie album Atheist z miejsca wskoczył dwie klasy wyżej.  Jeśli nawet miotający się w gąszczu sprzecznych bodźców i wiecznie niezrealizowany Mameli nie stworzy już nigdy monumentu, to wątpię też, że kiedykolwiek mnie rozczaruje, niezależnie od tego, czy szala przechyli się w stronę łojenia czy kombinowania. Tym razem wielkiej namiętności nie będzie, ale co tam, zostańmy przyjaciółmi.

Bartosz Cieślak 

Cztery