PEST – The Crowning Horror (Agonia Records)

Moda na retro black metal trwa. I choć współczesny człowiek już dawno uleciał w czarną, wciąż niezbadaną otchłań kosmosu, to dla kapel pokroju Darkthrone, Vomitor czy Aura Noir czerń nadal najlepiej prezentuje się na koszulce z logo Hellhammer, Mercyful Fate czy Venom. A im bardziej sprana, tym lepsza. Chłopcy ze szwedzkiego Pest z płytą „The Crowning Horror” już rządzą w tym lumpeksie.

Uczciwie przyznam, że wyziewy Venom, Morbid czy Celtic Frost niewiele dla mnie znaczą. Tak szorstka muzyka nie mogła przypaść do gustu nastolatkowi odgrodzonemu od złego świata matczynym kordonem z różańca. Dziś, jako mężczyzna, który zajmuje się od czasu do czasu poszukiwaniem zaginionego czasu, uczę się tych dźwięków i tych emocji. A skoro „każde pokolenie ma swój czas”, jak trafnie wyłożył mgr Grzegorz Skawiński, to pozwalam sobie na ten ignorancki luksus i moją definicję pierwszej fali black metalu składam na wykopaliskach czasu z drużyną Pest. Ci archeologowie z kraju Quorthona mają tą przewagę nad protoplastami gatunku, że pod t-shirtem Diamond Head mogą nosić jeszcze koszulkę Mayhem i całą garderobę współczesnej ekstremalnej muzyki, z której mogą czerpać wiedzę jak uczynić muzykę jeszcze ciekawszą, bardziej różnorodną. A Pest to nie klasowe matoły; choć za cudzesy ubrali się na cebulę, to prezentują się w tych pożyczonych ciuchach znakomicie.

Osłabły gdzieś black thrashowe galopady znane z czasów „Rest in Morbid Darkness”. Postanowiono, że słuchacz nie zostanie obrzędowo zgładzony, lecz wtajemniczony w chory rytuał. Podbito bas, zdjęto z gitar siarkę, co doprowadziło do ustawienia ciężaru gatunkowego na poziomie kapel spod znaku NWOBHM. Zróżnicowano tempa, zwiększono rozpiętość emocjonalną melodii (od antypapieskich „venomówek” po mercyfulfejtowe słodycze), a poszczególne utwory zdynamizowano licznymi akcentami. A wśród utworów na „The Crowning Horror” same metalowe hity: „Volcanic Eyes” z rewelacyjnym, opętanym wokalem Necro; „Devil’s Mark” z chwytliwym, uśpionym motywem w stylu AC/DC; obrazoburczy, drugofalowy „Holocaust”; black sabbathowy „The Abomination of the God” i „Eternal Curse” z echami Celtic Frost. Tytułowa pieśń to zbiór wybornych riffów i jednocześnie popis niezwykle umiejętnego ich dzielenia i łączenia. Żaden z tych zagranych na amatorską modłę kawałków nie razi swoją stylizacją na old school – zostały one wzorowo zaaranżowane i zawierają ilość smoły zgodną z obecnie obowiązującą normą europejską.

Jako przeciwnik muzycznych powrotów do korzeni, żerowania młodzieży na spuściźnie starszych, kradzieży pomysłów, zapożyczeń i cytatów, mówię tej płycie nieśmiałe, niesakramentalne „tak”.

Kuba Kolan

Pięć