PERVERSOR – Anticosmocrator (Hells Headbangers)

Daleko mi do kogoś, kto rozbija sobie na głowie butelki i terroryzuje okolicę, ale taki właśnie ma być mój metal. Chamski, agresywny, nie biorący jeńców. Dopuszczam oczywiście wyjątki od tej reguły, ale jeśli już sięgam po taką muzykę, to zazwyczaj oczekuję od niej właśnie tych cech. Nie oszukujmy się, ten gatunek nie został stworzony do tego, by śpiewać o sercowych rozterkach i zastanawiać się nad sensem istnienia, choć są nieszczęśnicy, którzy tak robią. Chilijski Perversor jest plutonem egzekucyjnym dla wszystkich tych wrażliwych sukinsynów.

Niewiele słuchałem ostatnio metalu, a rok 2015 nie zapisał się dla mnie jako szczególnie ciekawy na płaszczyźnie muzycznej (nie tylko zresztą w tym gatunku). Ucieszyły mnie jednak nowe płyty Archgoat, Abominator, Revenge, Destruktor i teraz cieszy mnie także „Anticosmocrator”. Każdy z tych zespołów gra troszkę inaczej, ale wszystkie pielęgnują tradycje metalowej dziczy, co piszącemu te słowa bardzo odLogopowiada. Oczywiście zespołów z takim podejściem są setki, ale nie przypadkiem wymieniam zaledwie kilka, bo tylko najlepsi z najlepszych potrafią robić to dobrze. Tak, to wszystko jest równie zaskakujące jak „Kevin sam w domu”, ale skoro można słuchać współczesnego bluesa i nie narzekać, to można też cieszyć się metalem nawiązującym do Blasphemy, Sodom, Bestial Warlust, Darkthrone z „Under A Funeral Moon”, czy bardzo wczesnego Morbid Angel.

Oczywiście, cała ta płyta, począwszy od okładki, a na muzyce kończąc, jest jednym wielkim metalowym banałem, ale mam chyba trochę tak jak redaktor Lerch recenzujący płyty ze swoim ukochanym noise rockiem, że się zwyczajnie jaram, że ktoś jeszcze gra w takim stylu z taką pasją. Posłuchajcie tych barbarzyńskich blastów w „Awakening of the Ancient Ones”, tu naprawdę wszystko kipi energią i nie trzeba nosić pasa z nabojami, żeby to zrozumieć. Ale gdyby było trzeba to nosiłbym taki pas i nawet maskę przeciwgazową mógłbym założyć do kompletu, takie to wszystko fajne. Nawet nie chce mi się niczego tutaj czepiać, co nie zdarza mi się często. W sumie jedyny dostrzegalny minus „Anticosmocrator” jest taki, że nie mam w tej chwili zimnego piwa, które uczyniłoby jej słuchanie jeszcze przyjemniejszym.

Podoba mi się, że Perversor nikomu się nie kłania i nie zastanawiają się nawet nad tym, czy słowo „darkness” powinno się pojawić w tytułach dwóch sąsiadujących ze sobą na płycie utworów. Jest prymitywnie, może nawet głupio, ale tu chodzi przecież o to, żeby siać zniszczenie, a do tego nie trzeba ani mądrych, ani wykształconych. A członkowie Perversor ruszyli na muzyczny front zaraz po ukończeniu metalowej podstawówki, w której pewnie każdy rok powtarzali dla pewności dwa razy. Może wam się to nie podobać, ale i tak w twarz im tego nie powiecie.

Michał Spryszak

Pięć