PERTURBATOR – Dangerous Days (Blood Music)

Punktem wyjścia do tej recenzji mógłby być starczy jęk nad kiepską formą muzyki, która coraz częściej dostarcza podniet odwołaniami do tego, co już było, puszczając oko do słuchacza zamiast rzucać weń kamieniem. Nie ma jednak sensu oskarżać jakiejś tam bezosobowej formy sztuki o zwapnienie własnego gustu. Nostalgiczne wycieczki nie są może najlepszym, czego mógłbym oczekiwać od muzyki, ale jeśli w przypadku takich bytów jak Perturbator bardziej od tych współczesnych wynalazków kręci mnie gra na sentymentach i stylizacja, to co ja poradzę? No nic nie poradzę.

Muzyczne „retro” to nie tylko occultrockowe rzępolenie z wiedźmą na wokalach i kataniarski thrash dla dzieci – czas na powrót do magicznych brzmień Rolanda i Mooga. Perturbator to czystej wody muzyczna konfekcja, jazda na wyciągniętej z lamusa formule syntezatorowego electro lat 80., która była przeterminowana pięć minut przed ogólnoświatową premierą filmu „Tron”. Muzyczne punkty odniesienia są dość oczywiste – Giorgio Moroder, Maurice Jarre, Vangelis („Blade Runner”) i przede wszystkim genialna muzyka filmowa czarodzieja kamery i syntezatora – Johna Carpentera. Być może w tych miarowych, tanecznych bitach odnajdą się i fani aggro-gotyku, i Marka Bilińskiego, ale to nie wyczerpuje tematu. „Dangerous Days” wygodniej opisuje się kategoriami „okołofilmowymi”, tym bardziej, że cała płyta – oprawa graficzna, tytuły, stopniowanie napięcia – stylizowana jest na soundtrack do nieistniejącej ekranizacji jakiegoś klasyka cyberpunku albo kwaśnej space opery. Ba, są nawet dwie rasowe popowe ballady, do których można skręcić teledysk z kanciasto zmontowanych scen. Perturbator trąca tę strunę, która wybrzmiewa wspomnieniami po kasetach video z wypożyczalni i targowiska we Wrzeszczu (epoka magnetowidów wyprzedziła wszak u nas inicjatywy ustawodawcze regulujące prawo autorskie). „Dangerous Days” rekonstruuje świat, który oglądaliśmy (z obowiązkowym paskiem zakłóceń u góry ekranu) w „Łowcy Androidów”, „Hardware”, „Mad Max 2”, „Heavy Metal” czy w uroczych, zapomnianych perełkach kina s-f klasy B typu „Split Second”. Ta płyta to Rutger Hauer tłukący się na dachu z Crittersami i dyskoteka na Saturnie, w której komandor Max Benson podrywa przy barze Barbarellę – pieśń przeszłości, w równym stopniu kolorowa i zabawna co przaśna i odklejona od współczesności.ppp

Na pewno Perturbator wywoła większe perturbacje duszy u ludzi zagrzebanych w popkulturowym demobilu z zachodu niż u poszukiwaczy nowinek. Jeśli ktoś odczuwa to kompulsywne parcie na nowatorstwo i transgresję, to rzeczywiście nie ma tu czego szukać. Choć poziom kompozytorski i wykonawczy (mimo wszystko słychać tu, że mamy rok 2014) trzyma „Dangerous Days” na własnych łapach, to i tak jest to jazda na formie i bal przebierańców. Ja kupuję taką wizję, choć nie jestem w stanie określić procentowego udziału radosnej stylizacji w stosunku do faktycznej zawartości dobrej muzyki. Tym niech zajmują się internetowi wiwisektorzy muzyki – ja łapię gogle noktowizyjne, zakładam prochowiec, ładuję działko protonowe i lecę walczyć z androidami.

Bartosz Cieślak

Pięć