PERIPHERY – Clear (Sumerian Records)

Metal to gruboskórność, zimny sik, jaja na twardo. Nie ma w nim miejsca dla takiego Johna Ashton partnerującemu Eddiemu Murphy w „Gliniarzu z Beverly Hills” (choć metal lubi przygarniać osoby z różnymi defektami). Pośród metalowej rozpusty i zepsucia takie garniturolubne postacie zawsze czuły się jak ryba wyjęta z wody. Ale z czasem niektóre gatunki ryb wykształciły zaczątki płuc i jęły wychodzić na powierzchnię. Wypełzło nowe, podeptało siwe brody ojców-założycieli, tykać zaczęło muzykę metalową jakby to była zabawka jakaś, psikus, pstry bączek, fanaberia, za nic mając ustalony przed wiekami porządek. Kiedyś stateczny David Carradine w „Lone Wolf McQuade” i „Balls To The Wall” Accept, dzisiaj kogiel-mogiel z „Shanghai Knights”, Jackie Chan i Periphery.

„Nie dziwi nic”, jak śpiewała Edyta Geppert, że w moim wizerunku nie ma miejsca na uległość dzisiejszym hochsztaplerom, którym wydaje się, że bajeczne umiejętności techniczne, niski strój gitar i numetalowy wrzask czynią ich zespołem metalowym. Lepiej przecież nie umieć grać, ale wyznawać jedynie słuszne „ideały sierpnia”. Dlatego chcąc przesłuchać (oczywiście tylko raz) coś takiego jak Periphery, należy przed kolegami asekurować się „trzymaniem ręki na pulsie” i „dziennikarskim obowiązkiem”. Ale po co całe to oszustwo?

Ep-ki „Clear” chce mi się słuchać, wracać do niej, być zabawianym. Skocznie, dynamicznie, nie zawsze wystarczająco daleko od Nine Inch Nails z czasów pozerskiego „Perfect Drug” (utwór „Feed The Ground”), momentami wystarczająco blisko Animals As Leaders (okrutnie zakręcony „Extraneous”). Niczym wczesny Linkin Park, Periphery bez krygowania skłania się ku muzyce nielekkiej, ale w końcowym rozrachunku przyjemnej w odbiorze, zestawiając ze sobą elektronikę, hardrockowe zaśpiewy rodem z Van Halenowskiego „F.U.C.K.” i – a jakże – Slipknotowe „Nie zapomnisz nigdy”, że Periphery niemałe zasługi w upowszechnianiu stroju w drop C miał. Co odróżnia ten materiał od „Periphery II” z 2012 r. to większy luz bliski frywolności Faith No More. „Clear” to olbrzymia rozpiętość barw i stylistyk wokalisty, który w swojej momentami drażniącej nadaktywności swobodnie przechodzi od falsetu do rasowych growli. Ciężar, polot i dynamika gitar miażdżą, choć momentami czuć tutaj lekki dysonans między dzisiejszym popowym zgrywem zespołu (łypiący na Backstreet Boys refren w „The Parade of Ashes”), a nadal obecnym silnym przywiązaniem do szkoły djent. „Clear” to produkt świadomy swojej siły i młodzieńczej witalności, obfitujący w ekscytujące, wymyślne technicznie zagrywki, które na długo barykadują się w głowie.

Nawet jeżeli kreślenie podziałów między tym co nowe i stare, przyrodzone i wymyślone usprawiedliwia Kazikowe „najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już do niej nie należę”, to nic pod słońcem nie usprawiedliwiłoby odrzucenia tak fajnej muzyki tylko dlatego, że modne rozbrykanie nobilituje mniej niż staroświeckie rzemiosło. Jeżeli mierzyć dzisiejszą kondycję muzyki (około) metalowej takimi płytami – ma się ona świetnie, nawet jeżeli stoi mydłem i powidłem zamiast zestawem pieszczoch-wąs. A że nie ma chłopaków z Periphery na metal-archives… Kto daje faka, albo nawet dwa?

Kuba Kolan

Pięć