PERCIVAL SCHUTTENBACH – Svantevit

Przeważnie jestem przeciwnikiem wszystkiego co szufladkujemy jako folk-metal. Nie chcę też rzucać tutaj nazwami, które akurat w tym nurcie mi pasują, zwłaszcza, że daleko mi do interesowania się choćby Drudkh albo Arkona, gdyż wolę miks folku z melodyjnym death metalem, zatem nasi krajanie z Percival Schuttenbach, projektu, który zasłynął w ostatnim czasie m.in. ze współpracy i dość żarliwej kłótni z producentem Donatanem, zdecydowanie nie są w kręgu moich zainteresowań.

Jednakowoż, doceniam wkład tego zespołu w krzewienie słowiańskiej tradycji i skupienie się na tematyce, o której śmiało można powiedzieć, że uchodzi za niezbyt popularną wśród młodzieży. Zresztą, jakiekolwiek próby zainteresowania słuchaczy historią (wszelkiego rodzaju) a w tym wypadku również antropologią, zazwyczaj z góry skazane są na porażkę, ale nie ukrywam, że zespół Percival Schuttenbach – jak się okazuje – ma w sobie to „coś” czego młodym adeptom metalowej sztuki widocznie brakuje. Widać to przede wszystkim na koncertach, które zespół z Lubina gra regularnie i w trakcie których zaskarbia sobie uznanie metalowej gawiedzi. Chociaż, prawdę powiedziawszy, ten metal tutaj jest tylko punktem wyjścia do tego, aby trafić do pewnego „targetu”, a sama muzyka, z racji na dość bogate instrumentarium i elektroniczne smaczki, ma potencjał aby przebić się do zróżnicowanego audytorium, które doceni zarówno „ciężkie metalowe rzemiosło” jak i zaskakujące piękno uzupełniających się damsko-męskich wokali.

Niestety, kolokwialnie mówiąc: Percival mnie nie przekonuje i nie łykam ich wizji takiego grania. Doceniam pieczołowicie opracowany ogólny koncept, zaproszenie co najmniej znamienitych postaci dla gatunku w roli gości oraz pomysł na siebie, ale wydaje mi się, że – może nawet niesłusznie – grupa poniekąd jest skazana na (w głównej mierze) granie tylko w Polsce. Zastanówmy się na moment czy to aby na pewno utrudnienie? Najwyraźniej nie, skoro grupie tylko przybywa występów, wliczając w to rozmaite imprezy tematyczne oraz okazyjne wycieczki do Niemiec czy Skandynawii, gdzie pokazują, że Polacy nie gęsi i swój folk mają. Pojedyncze, międzynarodowe batalie jak dotąd nie przynoszą im sławy, o którą walczą na różnych arenach, ale kto wie, może kiedyś przyjdzie mi pokłonić się im w pas i stwierdzić: mea culpa, myliłem się, nadszedł Wasz czas.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy