PENNYWISE – Yesterdays (Epitaph)

Info o tym, że do macierzy powrócił nie kto inny jak Jim Lindberg, bardzo mnie uradowała, a im zdecydowanie wyszło to na dobre. Mowa oczywiście o prekursorach skate punka z Kalifornii – Pennywise, którzy właśnie wracają na stare śmieci ze „świeżym” albumem „Yesterdays”. Coś na pewno jest na rzeczy, a żeby tradycji stało się zadość na tej płycie znajdują się w większości kawałki napisane przez nieżyjącego basistę zespołu Jason’a Thrisk’a; brzmi to naprawdę jak podróż w czasie do połowy lat 90’tych. Co Wy na to?

Pennywise to już klasyka, zwłaszcza dla tych, którzy cały czas myślą, że rok 1990 był 10 lat temu. Nigdy nie zrobili zawrotnej kariery w stylu Green Day, czy innego Offspring, ale dlatego zawsze ich podziwiałem, ba, niektóre z ich starych albumów na stałe znajdują się na mojej punkowej playliście. Lekkim zgrzytem zatem był niedawny romans z typem o imieniu Zoli Teglas, przyznam się od razu, że nigdy nie podszedłem poważnie do tej kolaboracji i nagranej w takim składzie płyty. Niech będzie nawet najlepszym albumem świata, ale zwyczajnie jest to Ignite z muzykami Pennywise. Są takie zespoły, których składów się nie rusza, tym bardziej jeśli chodzi o charakterystycznych członków, albo wokalistów, podobnie miałem np. z płytą Bad Brains – „Rise”. Chyba każdy wie co mam na myśli.Pennywise Band

„Yesterdays” to album nieskomplikowany, słucha się tego bezstresowo, a pomysł na odkurzenie starych, schowanych przed laty do szuflady piosenek, tragicznie zmarłego kolegi i współzałożyciela kapeli, powoduje, że dałbym im 10 punktów na samym starcie. Słychać stary, dobry Pennywise, czyli porządna porcja hc/punka, przebój goni przebój, pomimo tego, że to kompozycje proste jak przysłowiowa budowa cepa. Jakoś też nie wyobrażam sobie, że mogliby zarejestrować akurat ten materiał do spółki z Zolim Ignite, byłoby to co najmniej nie na miejscu. Cieszę się jak dziecko słuchając tych jedenastu solidnych, zawierających źdźbło melodii kawałków, że wymienię tutaj „Restless Time”, „Noise Pollution”, albo „Public Defender”, będącymi jednymi z lepszych w ich dwudziestopięcioletniej „karierze”. Aż chce się drzeć teksty na całe gardło, albo skoczyć komuś na głowę ze sceny, a „Violence Never Ending”, czy „Thanksgiving”, to najbardziej typowy Pennywise. Co ciekawe, jest też miłosny song o tytule „She’s A Winner”, dedykowany ówczesnej dziewczynie Jason’a, ale bez obaw, nie jest to żadna smętna balladka, owszem czuć tam emocje, ale w połączeniu z mocnym uderzeniem. Do tego wszystkiego dodajmy wokal pana Lindberg’a i już lepiej być nie może – na pewno nie, jeśli chodzi o tę załogę. Ta płyta to prawdziwy i szczery ukłon w stronę najlepszego okresu zespołu. Dla mnie bomba, jak z okładki „About Time”.

Sam Tromsa

Pięć