PELICAN – Forever Becoming (Southern Lord)

Nowa płyta Pelican zwiastuje pozytywne – moim zdaniem – zmiany w scenie tzw. post rockowej i post metalowej. Po latach zapatrzenia w wszelkiego typu zespoły z „is” w końcówce, muzycy poszli po rozum do głowy, rozumiejąc, że na tym samym patencie nie ukręcą lodów po raz nie wiadomo który. Efektem jest płyta mniej smutna a bardziej agresywna i mięsista. I tym razem żałuję, że Pelican jest jednak zespołem instrumentalnym, bo te kompozycje aż krzyczą o – no właśnie – krzykacza…

To nieprawda, że każdą płytę z przedrostkiem „post” wysyłam sążnistym kopnięciem w stronę red. Cieślaka. Prawdą jednak jest, że kiedy zaproponowałem sklecenie tej recenzji rzeczonemu obywatelowi, w odpowiedzi usłyszałem smutne – łeee, znowu pos roki… No i srodze się redaktor pomylił, bo o ile aranżacyjne – ogólne – założenia pozostały bez zmian (tempa, rozwlekłość tematów), o tyle sama baza riffowa/kompozycyjna przeszła zdecydowane przewietrzenie, co zwiastuje już otwierający płytę „Terminal” – mocny, niemal core’owy riff, warczący srodze bas, oj, przyjemnie się tego słucha. Dalej jest też dobrze, z naciskiem na bardziej rockowe i jak wspomniałem, niemal hardcore’owe granie. Bez zmian pozostały tempa tych utworów, choć i tu od czasu do czasu zespół potrafi lekko zagęścić bazę (świetny „Deny To Absolute”). Mam wrażenie, że jedyne, czysto post rockowe momenty trafiają się Pelikanowi tylko w „The Cliff” i „Perpetual Dawn”, gdzie mamy trochę zawieszenia i spokojnej kontemplacji dźwięków. Okazuje się, że po czasie niejakiego zamknięcia na wpływy zewnętrzne i zapatrzenia we wspomniane we wstępie grupy na „is”, Pelican zaczął odważnie zerkać wokół siebie, czego efektem jest nawiązanie do modnego southern’ rocka (bardzo przebojowy temat „Threnody”), groove’iaste zapędy w „Vestiges” i gęsty mrok w „The Tundra”. To zróżnicowanie, brzmiące – co warto dodać – bardzo spójnie, nie zwichnęło wrażliwości muzyków, którzy potrafią budować fajne struktury i nadal nasączać swoją grę sporą dozą melancholii. Zmieniły się jedynie środki wyrazu i poszerzono paletę barw. Te moje bajanie brzmi trochę, jakbym nie lubił poprzednich wydawnictw. Cóż, muszę przyznać, że dzisiaj, z perspektywy „Forever Becoming”, patrzę na chociażby „What We All Come To Need” nieco inaczej, chyba jednak mniej przychylnym okiem. Cieszy mnie, że chicagowska ekipa trzyma poziom, zmienia się i nadal eksploatuje niuanse gitarowych brzmień.

Dociążenie, z perspektywy nieco już nudzącego mnie powoli post rockowego szlamu (cholera, zaraz okaże się, że podamy sobie z red. Cieślakiem dłonie…) jest jak najbardziej na miejscu, problem, że jeśli nadal pójdą w tym kierunku, MUSZĄ znaleźć wokalistę. Na razie dopisuję „Forever…” do bogatej listy rockowej alternatywy 2013 roku i całkiem pokaźnej puli płyt zaskakująco dobrych. Chyba się starzeję…

Arek Lerch

Pięć