PELICAN – Ataraxia/Taraxis (Southern Lord)

Pelican to całkiem udane i rumiane dziecko post rockowej rewolty z połowy lat 90 – tych, kiedy po raz pierwszy pojawiły się najciekawsze nagrania takich wykonawców jak Slint, The For Carnation czy Codeine. Dzisiaj, po śmierci ISIS, można powiedzieć, że instrumentalny kwartet z Chicago (to chyba jedyne miejsce, gdzie taka muzyka mogła powstać…) ma wszelkie plenipotencje do objęcia schedy po bardziej utytułowanych kolegach, choć na taką karierę, jakiej doświadczyli twórcy „Oceanic” i „Panopticon” nie ma co liczyć.

Założony w 200 roku zespół nie może popisać się szczególnie bogatą dyskografią. Ot, cztery albumy i kilka ep – ek, z których opisywana tu właśnie płytka „Ataraxia/Taraxis” jest pierwszym dziełem po trzyletniej ciszy. Dlatego traktuję ją bardziej jako chęć przypomnienia o sobie niż sygnał jakichś rewolucyjnych zmian.

Cztery kawałki, łącznie trwające 18 minut prowokują, by rozłożyć okładkę, i patrząc na bezkresną pustynię, odlecieć w niebyt. Taka, post rockowa Sahara zaczyna drgać w głowach, wprowadzając słuchacza w stan podobny do hipnozy. Nie ma pośpiechu, jest tkany powoli smutek, oddychający często akustycznymi przestrzeniami. Jak zwykle w przypadku takiego grania, wszystko rozgrywa się gdzieś pod powierzchnią, gdzie czai się potężna dawka adrenaliny. W tym akurat przypadku jest jej nieco mniej, bo wszystko podąża raczej w kierunku medytacji.  I w sumie te 18 minut wystarczy, by polubić muzykę Amerykanów.

Sympatyczne, nie – oryginalne granie dla okularników i brodaczy.

 

Arek Lerch