PEARL JAM – Lightning Bolt (Monkeywrench/Universal)

Pearl Jam powraca z dziesiątą płytą i obojętnie, co sądzimy o zespole i jak bardzo się z niego śmiejemy – każdemu artyście życzę, by po ponad 20 latach szlifowania scen miał takie jaja i chęć do rzępolenia, połączoną z kompozycyjną iskrą. Ligthning Blot rewolucji nie czyni, ale wywołuje szeroki uśmiech.

Ta płyta uświadamia mi jak kurewsko jestem stary. Kiedy Pearl Jam startował z „Ten”, latałem z walkmanem po węglowych hałdach, licząc, że za dwadzieścia lat będę jeździł Mustangiem. Dzisiaj mam siwą brodę, niemieckiego trupa w garażu, a ekipa Veddera brzmi jakby przytuliła eliksir młodości. Może mają mniej włosów na łbach, ale talent pozostał. Co oczywiście może brzmieć jak zarzut, ale czy ktoś oczekuje stylistycznych biegunek od najbardziej zatwardziałych rockowócw wśród podstarzałej, grunge’owej braci? Zespół miał swoje wzloty, dla mnie szczególnie wyraźne na poziomie „No Code” i świetnego „Yield”, potem nastąpiła długa cisza i dopiero „Backspacer” z 2009 roku znowu przypomniał mi, że Pearl Jam cały czas tłuką swoje.

W zasadzie trudno w tym miejscu wymyślać metafory, co w znaczącym stopniu spuentują obecną formę grupy. Może zacznę od tego, że cieszy mnie obecność Matta Camerona, bo bałem się troszkę, że pałker zdezerteruje do odrodzonego Soundgarden. Na szczęście, wiedział, gdzie jego miejsce i Pearl Jam nadal w niezmienionym składzie promuje swoją nową muzykę. Nową czyli… niezmienną. Wypracowana formuła sprawdza się i tym razem, oscylując między ciut mocniejszymi uderzeniami (post hardcore’owa formuła „Mind Your Manners”, kojarząca się z Hüsker Dü zaskakuje, nie przeczę…) a typowym dla zespołu, spokojnym nudziarstwem. Oczywiście, tego ostatniego jest tu najwięcej, bo w takiej niszy grupa czuje się idealnie i od lat potrafi wydobyć z niej esencję. Bez zmian pozostały pochody gitar Gossarda i McCready’ego, Eddie jak zwykle pięknie zawodzi, słowem – dobra, rockowa płyta z całkowicie rozpoznawalnym, własnym stylem, który postawił zespołowi pomnik za życia. Nie chcę powielać innych pismaków, cóż jednak poradzę, skoro na usta ciśnie mi się słowo „dojrzałość”. Pearl Jam jest jak wino i dzisiaj smakuje o wiele lepiej niż dawniej, kiedy wydawało mi się, że są dla mnie za „miętcy”. Zespół reprezentuje muzyczną Amerykę z całym bagażem rockowych i bluesowych szlagwortów, z których buduje po raz dziesiąty swój muzyczny świat.

Dodam tylko, że syndrom tzw. „ciepłych kapci” wielkich alternatywnych tego świata dotknął Pearl Jam chyba jednak w najmniejszym stopniu, bo o ile do „Hesitation Marks” czy „Mechanical Bull” wracał będę nieco rzadziej, „Lightning Bolt” pohałasuje (tfu, za mocne słowo…) w słuchawkach nieco dłużej.

Arek Lerch

Cztery i pół