PEARL JAM – Gigaton (Universal)

To nie będzie długa recenzja, ale będzie, bo czego by nie mówić, chociażby za długowieczność zespół zasługuje na szacunek; nie narzekajcie – płaczemy, kiedy jakiś band szybko kończy żywot, więc po co kręcić nosem, kiedy w tym dziwnym biznesie udaje się komuś przetrwać dekady? A co do nowej płyty – kto lubił Pearl Jam, nadal zostanie przy swoich, hmmm, idolach, kto kpił, też niczego w swojej postawie nie zmieni.

Historycznie rzecz ujmując, oczywiście z opcją, że ten zespół niczego nie zrewolucjonizował, najlepszy okres to pierwsze cztery płyty, czyli do 1996 roku. Potem bywało różnie, czasami totalna nuda („Binaural”/”Riot Act” chociażby), choć zdarzały się przebłyski. Takim przebłyskiem jest na pewno następca „Lighting Bolt” (2013) – „Gigaton”, z tym, że owe wykwity, to po prostu delikatne retusze własnego, alternatywnego rocka. Pearl Jam pozostaje przede wszystkim sobą. Ok, cieszy postawa zespołu, proekologiczne zacięcie i fakt, że nowa muzyka, jakby nie patrzeć, brzmi całkiem świeżo. Ta świeżość pojawia się szczególnie tam, gdzie zespół rezygnuje ze starych patentów i szuka nowości, jak chociażby w „Dance of the Clairvoyants”, gdzie grupa brzmi, jakby opuściła Seattle i zaszyła się w mrocznym niujorku. Oczywiście, te mroczki nie obligują każdego dziennikarza do szukania porównań z Interpol, bez złośliwości, rzecz jasna… Dużo bardziej podoba mi się minimalistyczny „Alright” czy „Quick Escape”, gdzie poza firmowymi patentami jest też trochę gitarowego odjazdu. Mało bo mało, ale fajnie to gada.PearlJamBlackWhiteInstruments_CreditDannyClinch

Poza tym, bez zmian. Pełno rumianych rockersów, robionych w/g znanego od lat wzorca, raz lepszych raz gorszych, solidnie, ale często bez jakiegokolwiek pomyślunku w temacie aranżacji, co powoduje, że część piosenek, nawet jeśli dobrze jadą, mogłaby powstać np. gdzieś w okolicach 1999 roku. Płyta jak dla mnie, sensownie kończy się na „Take the Long Way” i w taki dynamiczny sposób mogliby się pożegnać, jednak nie – cztery ostatnie numery („Buckle Up”, „Comes Then Goes”, „Retrograde” i „River Cross”), są przykładem Pearl Jam zamarynowanego we własnym sosie i tu już bez żartów – tych piosenek mogłoby nie być, bo na ich poziomie zaczynam ziewać. Ten typowy, pearljamowski dżemik psuje ogólnie niezłe wrażenie. Nie wiem czy to jakiś wymóg wytwórni, że dopycha się płytę kolanem, bo byłaby za krótka? Tak czy inaczej – o czym często piszę – album głównie do jazdy rowerem albo autem; w domowym zaciszu wychodzą wtórności i lekko zakurzone „firmówki”, których nie ma sensu analizować. Ale, żeby nie narzekać, dobrze, że są i nam grają. Do końca świata i dzień dłużej.

Arek Lerch 

Trzy