PEACE – In Love (Columbia/Sony)

Nie wszystko złoto, co się świeci; parafrazując tę maksymę, mógłbym napisać, że nie wszystko, co z Wysp pochodzi jest fajne. Choć może właśnie słowo „fajne” najbardziej do młodych muzykantów pasuje. Peace to „spoko” (że użyję namiętnie eksploatowanego w pewnej reklamie słowa…) zespół z potencjałem, jednak na razie nie potrafi jeszcze rozgrywać swojej partii pokerowej (kariery, znaczy) z odpowiednią taktyką.

Młodzi muzycy, w tym dwóch braci, spotkali się w Worcester w 2009 roku, pierwotnie jeszcze pod dość pretensjonalną nazwą November and the Criminal, którą zmienili na jeszcze głupszą – Peace in October. W końcu fobia związana z miesiącami ustąpiła i pojawił się zespół Peace. Choć to w sumie też nie brzmi jakoś wybitnie dobrze. Debiutancki album wyskoczył w 2013 roku, jednak u nas chyba do dzisiaj nie jest to płyta dobrze znana, tym bardziej pozwolę sobie na mały remanencik. Jak już napisałem we wstępie, płyta jest tylko fajna, choć owa „tylko fajność” wynika z pewnej schizofrenii muzycznej, obejmującej zarówno te bardzo dobre jak i dość przeciętne kompozycje.Peace Band

Jak zatem kwartet powinien postąpić – z mojego, rzecz jasna, punktu widzenia? Chociażby tworząc znakomitą ep-kę, która narobiłaby smaka miłośnikom indie rocka z rozwichrzonymi fryzurami. Przepis? Płytkę powinien otwierać budzący skojarzenia z rave’ową rewolucją kawałek „Toxic”, tak na dobrą rozkrętkę. Potem serwujemy przebojowy „Lovesick”, który to numer mógłby być zagubioną kompozycją z płyty „Kiss Me Kiss Me Kiss Me”. Następnie nieco tarantinowski w napięciu i pogłosie „Sugarstone” i najlepszy w tym zestawieniu, świetnie rozegrany aranżacyjnie „Waste of Paint”. Płytkę zamykać powinien „Delicious”, którego główny, dziecinnie naiwny motywik fajnie przełamuje nieco eksperymentalna, niemal improwizowana końcówka. I w ten sposób pomogliśmy zespołowi sklecić świetną ep-kę, dającą duże nadzieje na przeszłość. Niestety, do wymienionej puli utworów młodzieńcy dorzucili kilka kawałków zupełnie nijakich, nudnych i delikatnie rzecz ujmując, niezbyt atrakcyjnych melodycznie. Bo co z tego, że chłopaki sprawnie grają, skoro nic pozytywnego nie wynika? Ot, podkład do popołudniowego powrotu z pracy. Szkoda.

Oczywiście, można przyjąć, że mamy do czynienia z młodymi debiutantami, którzy mają aspiracje, dobre wzorce (porównania do Vampire Weekend na razie na wyrost, szczególnie ze względu na Modern Vampires of the City…) i na pewno jeszcze się rozkręcą. W sumie, to już pewnie niedługo, bowiem zespół intensywnie pracuje nad następcą „In Love”. Jeśli wezmą sobie do serca powyższe uwagi, będzie dużo lepiej.

Arek Lerch

Trzy