PATTI YANG GROUP – War on Love (Requiem Records)

Świat popu składa się z artystów na dorobku, którzy obsesyjnie starają się wejść na wyższy szczebel, takich, którzy już tam weszli i się urządzają oraz tych, którzy rozpoczęli konsumowanie efektów swojego sukcesu. Ale jest tu też miejsce na tych, co popychani wewnętrzną potrzebą, ciągle są w drodze. Patti Yang właśnie z tej długiej drogi zeszła, by osiąść na kalifornijskiej pustyni Mojave. Symbolicznie jest też to koniec pewnej historii. 

Która na pewno będzie miała swoją kontynuację. Od początku – pamiętacie płytę „Jaszczurka” młodej artystki, która w 1998 roku zaskoczyła muzyczne środowisko piękną mieszaną nowoczesnej, londyńskiej elektroniki i unikatowego głosu? Tak, wiem, to było cholernie dawno. Sam nie wierzę, że minęło od tego czasu tysiąc lat. I dzisiaj trzymam w łapie płytę „War on Love”, którą Patti żegna artystyczny pseudonim, rozpoczynając nowy rozdział swojej drogi. Nie będę przytaczał całej historii, bo jest długa i obfitująca w zwroty akcji. Od debiutu, przez Robota, historie londyńskie i wiele innych wydarzeń, aż do pustyni Mojave, gdzie artystka znalazła przystań, być może ostatnią w życiu, być może nie. W tej historii najważniejsza jest zmiana, szczerość i muzyka, która jak zwykle stoi na wysokim poziomie. „War on Love” jest niewątpliwie najdojrzalszą wypowiedzią w długich poszukiwaniach elektronicznej nirwany.Patti Yang

Przede wszystkim, zróżnicowanie, doskonałe instrumentacje, melancholia i lepiąca się do uszu melodyka. Płyta jest niewątpliwie odbiciem nastrojów jakie panują w głowie twórcy – może to pustynia generuje takie wizje, w których Patti dociera do jądra shoegaze’owej elektroniki, bawiąc się nastrojami, eksperymentując z brzmieniami instrumentów (w pracach nad płytą uczestniczyli znany z Primal Scream Chris Mackin, Matty Skylab, Jagz Kooner z Manic Street Preachers, Martin Craft oraz Nicolas Vernhes z Animal Collective, Daughter czy War on Drugs). W każdym razie, tym razem wyszła doskonała, wielobarwna płyta do wielokrotnego użytku. Co najważniejsze, mniej tu jaszczurkowego zimna, więcej ciepłych, pastelowych kolorów i być może czegoś w rodzaju nadziei. W dodatku Patti napisała najlepsze w życiu, mądre teksty, które doskonale łączą się z dźwiękami. W konkrecie – są przebojowe, kojarzące się z Morcheeba „Sounds of Freedom” czy „Falling”, trip-hopowo chrzęszczący „Technicolor Dream”, szczypta psychodelii w „Wonder Wells”. Starego Cave’a usłyszycie w „Jerusalem” czy wreszcie wjeżdża radiowa, depeszowa piosenka „Bright Lights”. Tyle porównań… Nade wszystko pełno w tym równowagi, spokoju, podniosłego, onirycznego klimatu i wolności, która pięknie komponuje się z pustynnymi klimatami. Co będzie dalej?

Arek Lerch

Pięć