PAST – Cliffhanger (Voice of the Unheard/Unlock Yourself/Dingleberry)

Nie będę ukrywał – podchodziłem do tej płyty, jak przysłowiowy pies do jeża. Bo też w jakim aspekcie miałby mnie zaskoczyć Past – nikomu nieznana, francuska kapela grająca post hardcore? No właśnie. W teorii absolutnie niczym. Jak sprawa wygląda w praktyce? Mam mieszane odczucia…

A perypetie związane z  Cliffhanger ciągnęły się u mnie przez niespotykanie długi czas. Jak na porządnego pismaka przystało, przed zapoznaniem się z treścią albumu, miałem zamiar przeprowadzić rutynowy research. Niestety, zakodowałem sobie w głowie, że powyższy termin to właśnie nazwa zespołu, a „to drugie”- tytuł albumu. I tak przeczesywałem odległe peryferie internetu, w nagrodę znajdując jedynie jakiś oldboj-rockowy band z Kalifornii. No, i przy okazji google przypomniał mi, że cliffhanger (ang. „zawieszenie na krawędzi klifu”) to „zabieg fabularny, polegający na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia, w której główni bohaterowie znajdują się w trudnej sytuacji, nawet zagrożenia życia”. W tym momencie poczułem, że i ja znajduję się w trudnym położeniu. I po prostu otworzyłem wcześniej otrzymane pliki. Ten oczywisty z pozoru zabieg rzeczywiście okazał się strzałem w dziesiątkę.band

Wiemy już zatem, że zespół nazywa się Past. A co z tytułowymi, zaskakującymi słuchacza, niepodziewanymi zagrywkami? Ano, są. Tu i ówdzie. Choć pierwsze dwa utwory wydają się wskazywać na zupełnie coś innego – po ich odsłuchaniu właściwie pozbyłem się złudzeń, że znajdę na „Cliffhanger” cokolwiek poza nieco generycznym, bardzo za to wściekłym hardcore, ubarwionym wokalem, który dla wielu okazałby się zdecydowanie nie do przełknięcia. Nie było to oczywiście złe, ale przebywanie w takim towarzystwie przez czas trwania 11 utworów raczej nie wydawało mi się najszczęśliwszym pomysłem. Poza tym, cóż ja mógłbym napisać o takiej płycie? Że bas miło, acz agresywnie powarkuje, perkusista bez grama litości wyżywa się na swoich bębnach, a wokale powodują osobliwy ból w trzewiach? Toż to standard, oczywista oczywistość, jeśli chodzi o hardcorowe poletko. Czekałem zatem na jakiekolwiek urozmaicenie, gotów przyjąć je z otwartymi ramionami. I, jak na zawołanie, już trzeci, tytułowy otwór wniósł jakże potrzebny powiew świeżego powietrza. Ku mojemu nieskrywanemu zaskoczeniu, muzycy jawnie demonstrują w nim silne ciągoty ku post-rockowemu, pełnemu przestrzeni graniu. Jak na taki, wydawałoby się, jednowymiarowy i nieokrzesany zespół, wychodzi im to całkiem, całkiem. I brzmi wbrew pozorom naturalnie, niewymuszenie. Past umiejętnie tka pajęczynę dźwięków, w którą aż przyjemnie jest wpaść. Kto by pomyślał… Jasne, powiecie, że jedna jaskółka nie czyni. Racja. Posłuchajcie wobec tego „Deserter”, onieśmielającego prawie blackmetalową intensywnością. Posłuchajcie „Interlude”, który niesamowicie kontrastuje z pozostałymi utworami na płycie. Umieszczenie takiego odmieńca na swoim debiutanckim długograju to posunięcie odważne i symptomatyczne, ponieważ „Cliffhanger” jako całość pokazuje, że Francuzi nie boją się eksperymentować, mieszając różne inspiracje. Opierając się na bardzo solidnym, hardcorowym fundamencie, który stanowi niezaprzeczalny punkt wyjścia do wszelkich dalszych poszukiwań, idą o krok dalej i chwała im za to. Fajne jest to, że po jednej takiej niespodziance zafundowanej przez zespół, już nigdy nie możesz być tak do końca pewien, co czai się za rogiem (czytaj: w następnym utworze). Zdarzyć może się właściwie wszystko, bo Past czerpie ze źródeł różnorakich.

Troszkę mi popsuli koncepcję tym swoim synkretyzmem, bo początkowo chciałem pisać: tylko dla fanów gatunku. Ale cóż to za gatunek? Niby ten hardcore jest przez cały czas obecny, ale dla typowych słuchaczy tego nurtu liczne, post-rockowe fragmenty mogą okazać się ciężkie do zdzierżenia. Nie jest to też płyta dla poszukiwaczy stonowanych dźwięków – to muzyka szalenie intensywna, miarowo pulsująca, nieokiełznana. Płyta dziwna i specyficzna. Wciągająca i niejednowymiarowa.

Adam Gościniak

Trzy i pół