PARRICIDE – Sometimes It’s Better To Be Blind And Deaf (Mad Lion Records)

Światłem ciała jest oko a solą ziemi konsekwentne zespoły, takie jak chełmski Parricide. Wierny swojej mieścinie i od lat stojący na straży death/grindowego hałasu. Czasami bardziej death („Kingdom of Downfall”), miejscami zaskakująco wywróconego („Patogen”), ale zawsze rasowego, hołdującego tradycji i coraz bardziej świadomie kłaniającego się klasyce gatunku. Na nowej płycie, czy ktoś tego chce czy nie, Parricide doszedł do sedna. Czyli odkrył siebie na nowo.

Jeśli ktoś ma ochotę na skoczne łamańce i techniczne ekstazy, lepiej niech omija płytę szerokim łukiem. Nie dlatego, że jest to zły krążek, bo Parricide zawsze trzymał i nadal trzyma wysoki poziom i w jego ramach eksperymentuje, porównuje i adaptuje na własne potrzeby różne odmiany hałasu. A od kilku lat konsekwentnie cofa się, z upodobaniem poszukując świętego Grala ekstremalnej młócki. W wywiadzie Piotr podkreślał, że tym razem dostajemy do rąk 100% Parricide i faktycznie, można uznać, że wreszcie zespół nagrał muzykę, jaka tkwi w ich duszy. Czyli w zasadzie prawdziwy, podziemny i energetyczny grind core.

Jest to oczywiście uproszczenie, bo gęstość poszczególnych kompozycji, ekspozycja gitary i pewne niuanse aranżacyjne nadal skierowane są w stronę death, jednak enigmatyczność formy, gwałtowna narracja, wrzaski i zwięzłe wypowiedzi jednoznacznie sadowią Parricide w kręgu brutalnego, pozbawionego złudzeń, zmetalizowanego grind core’a. Od strony technicznej nie brakuje niczego, choć zespół raczej dość konsekwentnie unika tu zbyt wielu ekwilibrystycznych zagrywek; wszystko toczy się nader sprawnie, Vizun zasuwa aż miło, ale nie ma wątpliwości, że nikt tu popisywał się nie będzie. Cała materia została w tym przypadku podporządkowana efektywności przekazu.kuba 2

A to oznacza, że zaliczymy poważny wpierdol, zęby zostaną wyłamane, krew będzie lała się strumieniami. Pod względem energii, sprawności w aplikowaniu kolejnych ciosów, Parricide to mistrzowie. Jednocześnie starają się, by młócka, jaką nam spuszczają, była odpowiednio zróżnicowana, stad sporo zwolnień, przetykanych gwałtownymi kaskadami blastów. Nie wiem, czy to celowy zabieg, ale zespół unika nawiązań do nowocześniejszych form ekstremy, wydobywając z przeszłości rytmiczno – kompozycyjne smakołyki i podając je we współczesnej formie brzmieniowej. Najważniejsza jet tu konsekwencja – muzycy zrezygnowali z przerywników, żartów itp. rubasznych elementów, skupiając się na konkrecie. Jasne, i tu trafiają się elementy podkreślające wymowę utworów, jak chociażby wstęp z socjalistycznej pieśni „Ukochany kraj” otwierający kawałek „Just Poland”. Może to zbyt  oczywiste, ale oddające nastrój. Inna sprawa, że takiej przewrotnej zabawy ze słuchaczem jest tu sporo, co pokazuje, że zespół wie co to dystans do własnej twórczości i zdaje sobie sprawę, że raczej świata nie nawróci. Zresztą, owo pozbawienie złudzeń powoduje, że grupa nagrała najluźniejszy album w swojej historii. Wiedzą gdzie ich miejsce i doskonale to wykorzystują. I może właśnie owa samoświadomość powoduje, że „Sometimes…”, mimo, że świata raczej nie zmieni, jest obok „Patogen” moim ulubionym krążkiem Parricide.

Arek Lerch

Cztery i pół