Parricide – Just Five (Mad Lion Records)

Nie wiem dlaczego, ale lubię zespoły pochodzące z wschodnich rubieży naszego pięknego kraju. Może dlatego, że w odróżnieniu od kolegów z wielkich aglomeracji nie myślą o promocji a o muzyce? Że nagrywają wtedy, kiedy mają coś do powiedzenia? W tych kategoriach Parricide plasuje się na bardzo wysokiej pozycji. A dlaczego o tym wspominam? Bo zespół wreszcie wypuścił długo oczekiwany, nowy krążek „Just Five”. Z muzyką do tańca…

Chełmski, hałaśliwy bękart death’owej sceny od lat pałęta się gdzieś po obrzeżach gatunków, od czasu do czasu racząc nas swoimi wymiocinami. Jedyny problem polega na tym, że parę lat temu udało im się popełnić krążek „Patogen”, którym zdystansowali nie tylko swój dorobek, ale także dokonania wielu kolegów po fachu. Dlatego tym razem oczekiwania miałem bardzo duże a jak to z nimi bywa… wiadomo. Zamiast spinać się i wymyślać kosmiczne kombinacje, zespół po części powrócił korzeni, po części jeszcze bardziej opowiedział się po stronie grind core’a. Korzenna jest tu pewna prostota aranżacyjna i upodobanie do  charakterystycznych temp, wśród których trafi się nawet i d – beat. Oczywiście, wszystko zalane jest okrutnymi blastami. Zespół może sobie na to pozwolić, bo za garami siedzi ponownie mr. Wizun (Deivos, Abusiveness). Wtajemniczeni wiedzą, co to oznacza. Dominację krowiego dzwonka oczywiście. Przez ten firmowy patent muzyka Parricide zyskuje ciekawy, bardzo oryginalny charakter. No i jest cholernie płynna. Słuchając jej któryś raz z kolei złapałem się na konstatacji, że te kawałki są niemal taneczne. Nie, nie, ma tu disco – rytmów, ale wszystko pracuje w tak idealnych tempach, zgodnych z moim pulsem, że w zasadzie każdy kawałek wywołuje spazmatyczne podrygi i okrutną chęć poskakania. Pod tym względem „Just Five” jest materiałem niesamowicie nośnym i w jakimś sensie przebojowym. Jeśli dodać do tego specyficzny humor, te wszystkie filmowo/publicystyczne wstawki, morda cieszy się od początku do końca.

Płyta składa się z 15 kawałków równo obdzielonych blastami, hardcore’owymi przyspieszeniami i zajebistymi downbeat’ami, kojarzącymi mi się cały czas z Misery Index. Od czasu do czasu zespół pozwala sobie na małe zamotanie rytmiczno – aranżacyjne (świetny „Dolores Screams – Fight”), choć czasami mam wrażenie, że mógłby pociągnąć dany pomysł nieco dłużej, tak jak w znakomitym „My Problem Is Paramount For Me”, który nagle urywa się jakby muzycy przypomnieli sobie, że muszą właśnie wyjść ze studia nagrań. Poza tym zwraca uwagę „Nobody” i oczywiście saga o Dolores, choc nie wiem w sumie czemu Parricide tak nazwali kilka zupełnie odrębnych kawałków, ot, fanaberia muzyków.

Podsumowując – mimo, że „Patogen” nie został przeskoczony, w ciągu 31 minut dostaję dokładnie to, na co w gruncie rzeczy czekałem. Prostą, dosadną i z jajem zagraną, grind/death’ową rąbankę na najwyższych obrotach. Ciśnie mi się na usta słowo „dojrzałą”, choć boję się, że Piotr się na mnie za to obrazi. Na koniec chciałem jeszcze zwrócić uwagę na rzecz, która w ostatnich latach nie występuje zbyt często na metalowych płytach a mianowicie gęstą, obszerną listę podziękowań. Widać są jeszcze tacy, którym chce się poświęcić trochę czasu i oddać szacun ziomkom i scenowym kolegom. Miły gest. Teraz tylko czekam na Świnia Fest w Warszawie, żeby potwierdzić wszystkie powyższe tezy konfrontując się z „Just Five” na  żywo…

Arek Lerch  

Pięć