PARKWAY DRIVE – Ire (Epitaph)

Nie zwykłem negatywnie wypowiadać się o płytach swoich ulubionych formacji, a jeśli już, przeważnie robiłem to umiarkowanie wyrażając swą dezaprobatę. Niestety, taki moment, nawet w przypadku Parkway Drive, musiał nastąpić. Najnowsze, piąte w dorobku dzieło muzyków z Byron Bay, nie jest nawet słabym, metalcore’owym krążkiem, co więcej, nie jest nim w ogóle. Panowie singlami promującymi album pokazali, że bliżej im obecnie do heavy metalu i prawdę mówiąc, już bliżej się nie da.

Chciałbym jednak zaznaczyć, że ekipa Winstona McCalla wciąż wie jak pisać cholernie przebojową muzykę. To, że rozkład akcentów, z naciskiem na ciężar i brutalność został rozłożony nierównomiernie do ilości lukru i fascynacji Iron Maiden to nie do końca ich wina. Upadku potęgi doszukiwałbym się w zmianie producenta. Kto wie, co zespół mógłby osiągnąć, gdyby za sterami siedział Steve Evetts albo Bóg tego gatunku, odpowiedzialny za sukces PWD za granicą, nie kto inny jak Adam Dutkiewicz.

Czy będę tylko narzekał? Nie, bo to nadal Parkway Drive, tylko jakby zmęczone łojeniem. Przypominanie o jeszcze nie tak dawnej wściekłości (przecież „Atlas” miał naprawdę bezlitosne momenty) w kontekście „Ire” to nieporozumienie. Raptem dwa utwory reprezentują poziom tamtego albumu, a są to „Bottom Feeder” będący czymś na kształt odrzutu z tamtej sesji i mój faworyt (jeśli chodzi o „koncertowość”) – napędzany thrashowym bitem „Dying To Believe”. Reszta materiału utrzymana (raczej) w średnich tempach, mocno zerka w stronę kolegów Avenged Sevenfold i podobnych, co nie oszukujmy się, jest sporym rozczarowaniem. Jeśli jednak miałbym wypunktować to co dobre, a typowo „parkwayowskie” to fantastyczny groove („The Sound of Violence”). Ten band nigdy tak nie bujał. Może właśnie w tym szaleństwie jest metoda? Może trącące Rage Against the Machine „Crushed” i na swój sposób stadionowe „A Deathless Song” to dobry kierunek dla Australijczyków? Nie nowy, bo już mocno wyeksploatowany przez tabuny innych grup, ale … kto wie? Czas pokaże. Póki co, panowie zdecydowanie przesadzają z pisaniem hitów pod publiczność, która zamiast skakać pod sceną, woli wspólnie chwycić się za barki i… pośpiewać. Tu dochodzimy do sedna całego „Ire”.PD band

Odejście od metalcore’owej młócki na rzecz zwykłego, metalowego brzmienia wymusiło zmianę sposobu śpiewania Winstona. Chłop rzekomo przyznaje, iż cieszy się z nowego doświadczenia, ale nie oczekiwałem z jego strony zmiany à la Randy Blythe. Najmocniejszy punkt Parkway Drive obecnie zlewa się z warstwą instrumentalną, a przecież żeby daleko nie szukać, bo na „Deep Blue”, kamieniu milowym gatunku, głos trzydziestoczterolatka był dominującym „instrumentem”. Dziś „Ire” prezentuje zupełnie inne podejście do wykorzystania strun głosowych (lidera?) zespołu, a zarazem spore odcięcie się od krzyczenia dla samego krzyczenia. Niepotrzebnie narzekam? Ocenicie sami. Powodów do narzekań jest sporo, acz wierzę, że z czasem zmienię zdanie. Zakładam, że w przyszłości ten album stanie się wyznacznikiem tego w jakim kierunku pójdą inne zespoły, zmęczone ciągłym napierdzielaniem i technicznymi wygibasami. Nasz Frontside już poczynił ku temu dwa poważne kroki.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół