PARAMNESIA – Paramnesia (Les Acteurs de l’Ombre)

Po bardzo udanym splicie dzielonym z Unru, Paramnesia debiutuje wydawnictwem pełnoczasowym, proponując dwie dwudziestominutowe bryły blackmetalowego asfaltu na współczesną modłę. Owej „modły” nie należy kojarzyć z nurtem tzw. „religijnym” – Francuzi preferują raczej orientację wełnianoczapkowo-transową, co nie wróży im może wysokiej pozycji na liście przebojów fanów Goatmoon i Licho, ale osobiście jestem kontent z tej solidnej porcji black metalu z górnych rejonów drugiej ligi.

W teorii Paramnesia obgryza korę z tego samego pnia co ich, recenzowani nieopodal, ziomale z wytwórni, czyli The Great Old Ones, ale formalnie ich muzyka jest bliższa korzeniom gatunku, które dla zespołu zaczynają się pewnie gdzieś między „Filosofem”, „Diadem of 12 Stars” i – jak wnoszę z nazwy – Lurker of Chalice. Nie licząc „nastrojowego” interludium łączącego „IV” i „V”, praktycznie cały materiał to przerywane zwolnieniami obtłukiwanie werbla, tremolo i przetworzony, wysoki wokal upchnięty w miksie gdzieś za gitarami. Można się zastanawiać ile w tej muzyce jest kompozycji i aranżacji, a ile efektów i produkcji, można też zżymać się na zachowawczość albumu, który nie proponuje nic, czego nie było wcześniej u Sun Worship, Fell Voices czy Ash Borer – ale czy trzeba, jeśli wszystkie wątpliwości rozwiewa energia, klimat i sprawność wykonawcza? Słyszę w tym szumie harmonicznym dobre, proste riffy, perkusista czasem ciekawie zamiesza, podoba mi się ten wkręcający się w głowę trans i nie mam poczucia, że prostota jest tu koniecznością, a nie wyborem. W połączeniu z rozsądnym czasem trwania materiału (takie czasy, że doceniamy sam fakt niezamęczania słuchacza ponad miarę), daje to naprawdę udany debiut.

Jeśli u wspomnianego The Great Old Ones brakuje mi na nowej płycie jakiegoś rozpychania łokciami ram gatunku, to Paramnesia mogłaby postawić na jeszcze większy radykalizm (czytaj: minimalizm). Gdyby zamiast siedzieć przy ognisku z Wolves in the Throne Room, chłopaki wytarzali się w popiele w chocholim tańcu, być może „Paramnesia” byłby następcą karygodnie niedocenionego „Alogon” Wrath Of The Weak? A tak, cieszę się bardzo przyzwoitym debiutem, plasującym się grubo powyżej standardu „cascadian-laptop-bandcamp-black metalu”, i widzę opcję na coś znakomitego w przyszłości.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół