PARADISE LOST – Tragic Idol (Century Media)

Choć włosy siwieją, oni znowu grają jak za najlepszych lat. Paradise Lost na swym dwunastym albumie nie brzmi jak banda zdziadziałych rzemieślników, którzy z braku innych umiejętności w życiu nagrywają następny album. Wręcz przeciwnie, można nawet zastanawiać się, czy twórcy „Tragic Idol” to naprawdę goście po czterdziestce.

Za mną kilkadziesiąt przesłuchań nowej płyty Brytyjczyków (i bębniącego u nich Szweda), a po każdym z nich zadaję sobie pytanie, czy mijający czas aby przypadkiem nie pozostaje w relacji odwrotnie proporcjonalnej do ich wieku. Słowem: czy upływające lata nie odejmują wiosen członkom Paradise Lost. Wydawać by się mogło, że zespół osiągnął szczyt wraz ze znakomitym „Faith Divides Us, Death Unites Us” sprzed ponad dwóch lat. Kto jednak tak myślał, wyraźnie nie doceniał jego możliwości, bo nowy materiał deklasuje poprzednika wigorem, sprawnymi aranżacjami i chwytliwością. „Tragic Idol” to nade wszystko dziesięć świetnie napisanych, mocnych piosenek. Piosenek, które recypowały ducha połowy lat 90. do współczesnego kontekstu muzycznego i tym sposobem nie naraziły muzyków na zarzuty sprzedajności czy wyrachowania. Każda z dziesięciu kompozycji sprawia wrażenie bardziej klarowne, harmonicznie zwarte, niż miało to miejsce ostatnio. Poszczególne riffy płynnie wynikają z siebie, tworząc udane sekwencje („Fear of Impending Hell”, „Crucify”), niepoprzecinane momentami, które niepotrzebnie zakłócałyby jednolity klimat. Jednolitość materiału to zresztą kolejny atut „Tragic Idol” – niezależnie, czy weźmiemy na tapetę posuwający się ociężale „Theories from Another World”, czy następujący bezpośrednio po nim przebojowy i eksplodujący energią „In This We Dwell”. Debiutujący na tej płycie pałker Adrian Erlandsson (dotąd m.in. w At the Gates, Cradle of Filth i Brujeria) doskonale odnalazł się w osadzonych tempach, będących rytmicznym fundamentem Paradise Lost. Nie dość, że zaprezentował się niczym ktoś, kto w zespole bębni od zawsze, to wniósł do jego dynamiki własną cząstkę: jego potężnego uderzenia i charakterystycznych, zagranych z luzem przejść nie sposób pomylić z nikim innym. To właśnie nowy bębniarz Anglosasów jest dla mnie cichym bohaterem albumu. Pozostali członkowie też bynajmniej się nie oszczędzają – Nick Holmes zaśpiewał pełniej i z jeszcze większym przekonaniem, Mackintosh i Aedy wycinają na wiosłach jakby bardziej motorycznie („To the Darkness”), w czym dzielnie pomaga im ujawniający się to tu, to tam basowy puls Edmondsona. A wszystko to zagrane z werwą właściwą dwudziestoparoletniemu młokosowi. To się po prostu czuje.

„Tragic Idol” to dzieło przywołujące dawne czasy, stylistycznie zachowawcze i pozbawione kombinatorskich aspiracji. Ten zamysł znalazł również swe pełne odzwierciedlenie w uzyskanym wspólnie z producentem Jensem Bogrenem brzmieniu. Przestrzenna produkcja płyty jest w tym przypadku znacznie bardziej namacalna, ciepła i, w odróżnieniu od większości realizowanych dziś metalowych nagrań, nieprzesadnie głośna. Mimo to – i postrzegam to jako wyraz pewnej uczciwości – nikt nie ucieka tu ostentacyjnie od dobrodziejstw nowoczesnej realizacji i nie udaje, że płytę nagrywano trzydzieści lat temu. Dzięki temu, nawiązanie do muzycznej tradycji, które fundują nam panowie z Halifax, wypada nad wyraz wiarygodnie, nie urągając standardom słuchalności.

W odróżnieniu od swych dawnych stylistycznych krewnych z Anathema i My Dying Bride, Paradise Lost byli sobą nawet romansując z elektroniką na kontrowersyjnym „Host”. Na „Tragic Idol”, wskutek świadomych nawiązań do legendarnego „Icon” czy „Draconian Times”, otrzymujemy ni mniej, ni więcej esencję klasycznego brzmienia formacji. W zasadzie, nie będzie przesadą nazwanie jej kolejnym klasykiem w dyskografii Anglików. Daję słowo, nie kłamię.

Cyprian Łakomy