PANZERKREUZER – Aurora (Endwar)

Jeśli zespół przyjmuje za nazwę niemieckojęzyczny odpowiednik „okrętu wojennego”, a swój debiut postanawia ochrzcić mianem jednego z najbardziej znanych krążowników w historii militariów, to chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości, jakim rzemiosłem postanowiło zająć się niemieckie trio. W historii było już co najmniej kilka ekip, które z wojny postanowiły zrobić temat przewodni swojej twórczości i nie ma co się dziwić, że saksoński Panzerkreuzer upatrzył sobie jedną z nich jako główną inspirację swojego, odegranego w średnich tempach death metalu. Jeśli komuś tęskno do nowych nagrań Bolt Thrower, to może przyjemniaczki z Drezna umilą mu czekanie?

Gdyby odrzeć „Aurorę” z czerwonoarmijnej otoczki, to wychodzi na to, że Panzerkreuzer łączy wszystko co najlepsze w Bolt Thrower z innymi odłamami metalu śmierci. Dużo tu przede wszystkim wolnych, lejących się riffów, sunących po liniach bulgoczącego głęboko basu. Weźmy na tapetę monumentalny „Damnatio Memoriae”, który spokojnie mógłby utknąć między zwalistymi truchłami klasyków starego Paradise Lost czy My Dying Bride. Niby nie dzieje się tu dużo, ale ciężar wyciskany z kolejnych riffów i dobijające, niczym soczysty strzał między oczy, przyspieszenie powinny zgiąć karki sceptykom. Do smaku Niemcy dorzucają też kilka brzmiących bardziej po szwedzku riffów („Total Denial”, „Red Flame”), które – choć żywsze niż zbasowane mielenie – suną dostojnie w średnich tempach. A wszystko po to, żeby dobijać ciężarem, wwiercać się w czaszkę przemyślanymi, ale dość oszczędnymi melodiami i zapadać w pamięć dzięki znakomitemu growlingowi basisty Markusa. Może czasem czuję w jego gardle naleciałości death metalu z Bloku Wschodniego (skojarzenia z Vader w liniach wokalnych do „New Chelovek” i solówkach w „Red Flame” są jak najbardziej uzasadnione), ale im dalej w las, tym więcej dołów i flegmy, które znakomicie wpasowują się w ciężkie riffy. Wrzućcie do tego jeszcze odrobinę Asphyx, może szczyptę charakteru Devourment w masywnych zwolnieniach, rozrywających przeważające na płycie średnie tempa (np. „Armoured Fist”) i otrzymacie wzór na to, co upichcili na debiucie Saksończycy. A nie, zaraz! Mamy tutaj jeszcze znakomitą, akustyczną interludę, która fantastycznie dzieli album na dwie, niemalże równe części i po pierwszym przesłuchaniu z pewnością stanie się dla Was najbardziej rozpoznawalnym kawałkiem na płycie.PK_bandPIC

Sunie zatem ta „Aurora” z wdziękiem krążownika pancernego przez ponad 40 minut i zostawia po sobie – poza wrakami wrażych jednostek – całkiem przyzwoite wrażenie. Jest to materiał kompletnie pozbawiony cech oryginalności, ale przy tym zachwycający prostotą i ciężarem, nawet jeśli po kilku przesłuchaniach stwierdzicie, że znacie wszystkie zakamarki drezdeńskiego pancernika na pamięć. I to chyba tak naprawdę jedyny zarzut – Panzerkreuzer gra ciężko, gra dobrze, ale też tak, jak mistrzowie gatunku i główna inspiracja zespołu wieki temu. Nie ma siły, która nie odesłałaby zatem „Aurory” na półkę w poszukiwaniu pozycji klasycznych. Ale, na szczęście dla zespołu, sądzę, że nie jest to cmentarzysko wraków, a jedynie bezpieczna przystań, z której debiut Panzerkreuzer nie raz jeszcze wypłynie, zasypując was salwą ciężkich gitar.

Dooban

Cztery i pół