PANDEMONIUM – Nihilist (Old Temple)

Ostatnio dużo zastanawiam się nad tym, jaki w ogóle sens ma recenzowanie płyt, skoro nasza ocena potrafi znacząco zmienić się wraz z upływem czasu. Nie wiem czy też tak macie, ale często, gdy wracam do płyty po kilku miesiącach oceniam ją zgoła inaczej. Co ważne, zmiany w postrzeganiu zazwyczaj nie są pozytywne, choć oczywiście zdarzają się płyty odkryte na nowo, w które wsiąkam bez reszty po tygodniach, miesiącach, a nawet latach, mijających od pierwszego kontaktu. Najczęściej jednak, gdy wracam do materiału, na który miałem straszną zajawkę, patrzę nań zdecydowanie chłodniejszym okiem. Powód tych osobistych wynurzeń jest taki, że dziś dostałem do łapek płytę, z której odbiorem mam naprawdę duży problem, a mowa tu oczywiście o nowym, kolejnym po powrocie albumie legendarnego Pandemonium.

Poprzedni album Pandemonium, czyli wydana w 2012 roku „Misanthropy” to świetny przykład płyty, w której ocenie emocjonalne podejście, jakim kieruję się w kontaktach z muzyką, na dłuższą metę się nie sprawdziło. Chcąc odświeżyć sobie twórczość zespołu przed kontaktem z nowym dziełem, wróciłem do wspomnianego materiału i przyznam, że jedyne, co do mnie dotarło to fakt, że jest to muzyka dość… męcząca. Pamiętam, że w recenzji tej płyty dałem wyraz czystemu zachwytowi, a dziś na swoją obronę napiszę tylko, że mimo dość sztampowego charakteru tych dźwięków to każdy koncert Pandemonium, jaki miałem okazję widzieć, potwierdza fakt, że dźwięki te doskonale sprawdzają się na żywo.

Ok. Koniec z tym powrotem do przeszłości. Nadszedł czas by zmierzyć się z „Nihilist” przy czym słowo „zmierzyć” jest tu użyte zupełnie nieprzypadkowo. Nowe dźwięki z obozu Pandemonium do materiał bardzo podobny do tego sprzed pięciu lat. Mroczna, esencjonalna, lekko transowa mieszanka black i death metalu. Możecie utopić mnie w rzece hejtu, ale naprawdę uważam, że zespół ten nagrał płytę, która w zasadzie jest kalką poprzedniego materiału. Za ostro powiedziane? Może i tak, ale jak już wspomniałem wyżej, muzykę odbieram jako emocje, a nie wypadkową technicznych umiejętności muzyków, realizatora i poziomu zgodności z panującymi akurat trendami, dlatego też o nowym Pandemonium mówię dziś wprost – jest to płyta dobra, ale bardzo, bardzo zachowawcza a chwilami wręcz nudna.P

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób nie zgodzi się ze mną, uznając, że to najlepszy z dotychczas wydanych materiałów Pandemonium i być może będzie w tym zdaniu wiele racji, tyle, że czekałem na zdecydowanie więcej. Po dobrej, przesyconej negatywnymi emocjami „Misanthropy” czekałem na płytę, która w każdej ze sfer będzie bardziej szalona i mroczniejsza niż poprzedniczka, a dostałem album na właściwie takim samym poziomie emocjonalnym i muzycznym. Jak dla mnie dowodzi to pewnego rodzaju stagnacji, która przekłada się na zwyczajnie słabszą muzykę.

Gdybym miał ostatecznie ocenić nowy album Pandemonium powiedziałbym, że zespół nie spełnił pokładanych w nim nadziei – przygotował materiał, którego słucham bez większych uniesień, co w moim odczuciu skreśla go z listy płyt, do których w najbliższych miesiącach będę wracał. Tyle, że to jak odbieram muzykę podlega ciągłym zmianom, dlatego też dajcie szansę sobie i Pandemoinum, być może poczujecie do „Nihilist” to, co ja czułem do jej poprzedniczki. Dziś, gdy mam poświęcić czas na mroczne granie powstałe ze związku black i death metalu, wybiorę jednak ostatnią płytę Christ Agony…

Wiesław Czajkowski

Trzy i pół