PANDA BEAR – Panda Bear Meets the Grim Reaper (Domino)

Jeżeli ktoś szuka muzyki elektronicznej na poziomie przyswajalności gitarowego grania, a taniec traktuje jako rozrywkę dla ubogich duchem, powinien rzucić okiem na nową propozycję od Panda Bear. Usłyszy tam „chrząszcza, który brzmi w trzcinie”, i dowie się „o czym szumią wierzby”, gdy słuchają The Beach Boys.

Panda Bear, czyli Noah Lennox – współzałożyciel legendarnego Animal Collective, doskonale wie, że lepsza jest droga na skróty, niż ta dłuższa i bezpieczniejsza, którą wybierają pozytywni bohaterowie bajek. W XXI wieku to sekwencery i syntezatory lepiej imitują odgłosy świata rzeczywistego (czyniąc z niego miejsce tajemnicze, a momentami wręcz mistyczne), niż jego idole z lat ’60 ubiegłego stulecia ze swoimi śmiesznymi gitarami. Cykady, bagniska transportuje się ciężkim sprzętem do hałaśliwego miasta i pozwala robić swoje w imię matki natury. Pojawia się archaicznie brzmiąca perkusja i górujący nad wszystkim głos – melodyjny, pogodny, kręcący się wokół dźwięków, które próbują gdzieś uciec. Tak można skrótowo zobrazować neopsychodelię w wykonaniu Pandy. Tym jednak razem Noah Lennox na swoim najnowszym albumie tupie trochę głośniej swoimi trampkami. Oczywiście nie należy spodziewać się tu ostrza tytułowego Kuby Rozpruwacza, bo w świecie Amerykanina nie ma miejsca na strach, a co najwyżej na nutkę niepewności. Natomiast w porównaniu do stanu nirwany z „Person Pitch” czy dziwactw „Tomboy”, muzyka na „Panda Bear Meets the Grim Reaper” przybrała na intensywności, a rytmy na hip-hopowej wyrazistości. Wkradło się trochę więcej brudu do dobrze zorganizowanego bałaganu Pandy, otworzyło na bardziej hałaśliwą stronę życia, wcale nie lepszą czy gorszą.Grafika

Odrobinę większa krzykliwość muzyki nie przekłada się na wszechobecny tutaj posmak naiwnej słodyczy. Ujmujący prostolinijnym pięknem „Crosswords” nadaje się spokojnie na brutalne rozgrywanie rodzinnego grilla, randkę w tropikach czy wypad samochodem za miasto. Słodycz to zaleta i znak rozpoznawczy Pandy zajadającego cuksy, które rozpuściły się na tylnej szybie vana Simon & Garfunkel. Jednak Panda niezauważalnie przewraca tą sympatyczną muzykę na lewą stronę, dodając jakiś element, którym delikatnie zaburza pełnię harmonii obowiązkowej w muzyce pop. Niech to będzie psie ujadanie w takim „Mr Noah” zestawione z wykrzywionym podkładem rytmicznym Beastie Boys, typowa dla niego bezwstydnie infantylna wyliczanka w „Latin Boys” czy oniryczna ballada „Lonely Wanderer” ze wstawkami jakby wyjętymi ze starego filmu sci-fi.

Wychowany kilka dekad później na „poważniejszym” graniu, odbieram dzisiaj surf music (którą fascynację mocno tu słychać) jako muzykę na wakacyjnym tripie, która lubi lekkie odklejenie od rzeczywistości (nawet jeśli rzeczywistym powodem owego odklejenia nie są narkotyki tylko udar słoneczny). Dobrze się przy Pandzie odkleja, bo muzyczne to to, „trochę” mniej wyświechtane niż jakiś Van Buuren i dobrze nastrajające do życia wśród roślin, zwierząt i ludzi.

Kuba Kolan

Cztery i pół