PALMS – s/t (Ipecac Records)

Co wyjdzie nam z połączenia dwóch, małych smutków? Jeden wielki smutek. To kolejny przykład, kiedy dochodzi do kolaboracji, ocierającej się o tzw. sensację. Kiedyś miało to miejsce w przypadku współpracy Chrisa Cornell’a i muzyków Rage Against The Machine. Teraz schemat jest dość podobny – osieroceni przez Aarona Turnera muzycy ISIS (dokładnie – trójka z nich…) połączyli swoje siły za gardłem Deftones, Chino Moreno. Wprawdzie w tym przypadku ostatnia z wymienionych formacji ma się całkiem dobrze, jednak zaskoczenie jest, mimo, że światy muzyczne nie są aż tak odległe. Jaka muzyka znalazła się na debiutanckim albumie Palms? Patrz zdanie pierwsze.

W zasadzie trudno spodziewać się jakichś rewolucji po muzykach powyższych formacji, bo jeśli ktoś zna twórczość ISIS i Deftones, może co najwyżej wyobrażać sobie, że nowy zespół albo postanowił stworzyć coś zgoła innego (grind core???), albo zagrał po prostu tak, jak dusza dyktuje. W tym przypadku sprawdziła się opcja druga. Płyta to sześć długich, majestatycznych i klimatycznych kompozycji, do których idealnie pasuje słowo „poetycki”. W zasadzie schemat jest znany – wolno rozwijające się pejzaże, oszczędna gra sekcji i klawiszowo – gitarowe, psychodeliczne loty. Chino śpiewa jak zwykle, budując podskórne napięcie, muzykanci znani z ISIS tworzą pajęczynę hipnotycznych, rozedrganych melodii, które oplatają słuchacza i wciągają w nieznaną przestrzeń. Znalazłem też idealne tło dla tej płyty – słuchałem jej, jeżdżąc nocą rowerem po bezimiennych, warszawskich osiedlach. Wrażenie jakiejś odrealnionej przestrzeni było niewiarygodne. Noc, światła latarń i dźwięki „Patagonii”, „Mission Sunset” czy kończącej płytę kompozycji „Antarctic Handshake”, pięknie rozmywającej się w elektronicznym pejzażu. Taka płyta nie powstałaby w głowach debiutantów, tu trzeba doświadczenia, by z w sumie dość monotonnych, dla niektórych może nawet nudnych dźwięków, wyciągnąć coś intrygującego. A debiut Palms niewątpliwie wciąga, zniewala umysł i całkiem sprawnie pozwala przenieść się do zupełnie innego świata. Co oznacza też, że trudno będzie konsumować płytę w codziennym zgiełku i pośpiechu, tego ta muzyka nie znosi.

Płytę można z powodzeniem polecić zarówno miłośnikom post rockowej twórczości Deftones jak i Isis, bo o ile w przypadku Audioslave pogodzenie dwóch nacji było dość trudne, o tyle tutaj ze znalezieniem wspólnego, „fanowskiego” mianownika problemu nie będzie. Przyznam się, że osobiście wolę Palms od ostatnich dzieł macierzystych formacji grających tu muzyków. Za oknem deszcz majowego weekendu, w domu pusta lodówka a telewizji płemier. Cóż pozostaje? Łzy z Palms…

Arek Lerch

Cztery i pół