PALMA VIOLETS – Danger In The Club (Rough Trade/Sonic)

Duma z własnego kraju wcale nie musi być równoznaczna z nacjonalistycznymi ciągotami i fanatyzmem graniczącym z groteską. Oczywiście, pod warunkiem, że nie dotyczy to kraju nad Wisłą. Brakuje nam w tym temacie luzu, wyczucia i dystansu. Piszę to, bo mam na tapecie zespół, będący ucieleśnieniem zarozumialstwa i bezczelnej radochy z własnej narodowości. Palma Violets są bardziej angielscy niż królowa, bardziej aroganccy niż wszyscy bracia Gallagher razem wzięci i niebezpieczni niczym brytyjscy kibice. A przy tym potrafią fajnie zagrać.

Przyznam się bez bicia, że debiut Palma Violets uszedł mojej uwagi, dlatego „Danger In The Club” to dziewicze spotkanie z tym zespołem. Polubiłem ich od razu, kiedy usłyszałem hymn „English Tongue”, będący doskonałą wizytówką zespołu. Wyobrażacie sobie krajowy band, śpiewający pieśń „Jaki piękny jest polski język”? Ban na każdym kroku murowany. Do tego potrzebny jest luz z jednej strony i pewność swego z drugiej. Ale dość narzekania. Nowe dzieło kwartetu przynosi kawał wyspiarskiego rocka, zagranego prosto i bez udziwnień, za to tą charakterystyczną manierą, na jaką stać jedynie Brytyjczyków. Za sprawą akcentu wokalisty Sama Fryera nie sposób pomylić PV z kimś innym. Skrzyżowanie gardłowej maniery Justina Sullivana z Joe Strummerem brzmi bardzo apetycznie i dodaje Palma Violets lekko łobuzerskiego charakteru. Same piosenki to miks prostych aranżacji, niosących na grzbiecie hałaśliwe, rozbestwione gitarowe riffy. Mam wrażenie, że przynajmniej część z utworów pozostała na etapie szkiców, bo luz i mała dbałość o jakieś finezyjne konstrukcje stawiają zespół w garażu, choć sam pewnie lepiej czuje się na ulicy. Tuż obok klubu, gdzie można się napić piwa. Co ciekawe, w zasadzie trudno porównać twórczość Palma Violets do innego, wyspiarskiego wykonawcy. Wspólną cechą na pewno jest swoisty, wykonawczy rausz; ekipa w zasadzie nie przejmuje się detalami i nawet jeśli jest to dobrze wykoncypowana poza, brzmi to wszystko całkiem szczerze. PALMA_VIOLETS_026_COLORZestaw utworów zadowoli każdego fana angielskiego garażu. „Hollywood” to surowa rockówka, „Girl, you couldn’t do much better on the beach” brzmi jak wesoły i „mający wszystko gdzieś”  The Clash (zwróćcie uwagę na okładkę, bo ma ona w sobie też coś ewidentnie „wczesno-kleszowego”…) , jest lekko surfowy song tytułowy czy punkowaty „Gout! Gang! Go!”. Na osobny komplement zasługuje za to „Matador”, pokazujący, że nawet takim łobuzom zdarzyć się może chwila słabości w postaci lekko zadumanego, niemal cave’owskiego klimatu. Czyli dla każdego coś miłego, ale także jako całość, „Danger…” potrafi do siebie przekonać. Z jednej strony nie jest to dzieło wybitne, ale potrafi przykuć uwagę, ma kilka charakterystycznych haczyków i chyba jest całkiem autentycznie. Czyżby początek większej kariery? Jeśli nie zje ich ulica i nie zgubi zbytnia arogancja, może być ciekawie.

Arek Lerch

Cztery