PALM DESERT – Rotten Village Sessions (BSFD)

Kiedyś była Krajowa Scena Młodzieżowa. Po przewrocie i wkroczeniu do wolnej Polski, choć bez butów, to jednak tańczyliśmy w rytm hitów disco polo. Potem był metal, dwa kije i piejące kury. Dzisiaj też coś mamy. Mamy stoner/sludge’ową rewolucję. Tak, rewolucję, bo wysyp samych znakomitych zespołów taką muzę grających jest nad Wisłą prawdziwym dobrodziejstwem. Nowa, druga płyta wrocławskiego Palm Desert  jest tego dobitnym przykładem.

Ponad dwadzieścia lat, jakie upłynęły od wydania „Blues for the Red Sun”, dla muzyków Palm Desert nie istniało. Równie dobrze mógłby być gdzieś 92, 93 rok. Niestety, mamy 2013 i zewsząd wieszczy się upadek rocka. Jak mają się takie kretyńskie teorie do „Rotten Village Sessions” – jak kwiatek do kożucha…

Wrocławski zespół nic nie robi sobie z teorii żurnalistów i gra muzykę tkwiącą w ich duszy. W dodatku gra rasowo, z przekonaniem o słuszności swoich działań. Nowa płyta została zarejestrowana podczas sesji w wiejskim domku i choć bardzo bym chciał, nie da się uciec od tego, co wymyślił pan Homme. Nazwanie płyty sesjami, podkreślanie, że jest to po prostu luźny zapis niezobowiązujących jamów – wszystko jako żywo kojarzy się z ideą „desert sessions”. Nie ma u nas pustyni, ale nic to. Dałem się ponieść klimatowi, ciesząc się, że coraz częściej zespoły rezygnują z „wbijania” śladów podczas szybkiej sesji, gdzie czas i pieniądze biją po tyłkach. W takich warunkach nie da osiągnąć się tego, co od pierwszych dźwięków słyszymy na „Rotten Village Sessions”, czyli autentycznego luzu, atmosfery zabawy i eksperymentowania. Rzecz jasna – bądźmy szczerzy, Palm Desert nie wyszedł daleko poza swoje fascynacje, dokonał za to rzeczy bardzo istotnej – jeszcze bardziej „ukorzennił” swoją muzykę, jeszcze bardziej zbliżył się do archetypu stoner rocka, dając nam tym samym płytę najbliższą ideałowi takiego łojenia. Co więcej, sami muzykanci rozbrajająco podkreślają w wywiadzie, że przynajmniej trzech utworów z płyty nie są w stanie odtworzyć na żywca w podobnej formie – wystarczy posłuchać chociażby zamykającego płytę, dwunastominutowego kawałka „White Wolf”, by zrozumieć intencje twórców. W takich momentach słychać, że to faktycznie swobodne jamowanie a nie spięta dupa podczas pięciogodzinnej sesji w ciasnym studiu. I dlatego jestem w stanie uwierzyć, że zespół czuje ducha tej muzyki i potrafi odnaleźć  pustynne słońce w samym centrum środkowoeuropejskiej zimy. To duża sztuka.

Nie muszę chyba dodawać, że podobnie dobrze – czyli totalnie penersko – płyta została zrealizowana. Brud, kurz i hałas – to wrocławianie lubią najbardziej. Dlatego słuchaczu drogi – jeśli lubisz brytyjskie piosenki, kiełbasę i chorwackie morze – trzymaj się od „Rotten Village Sessions” z daleka. To muzyka nie dla Ciebie. Żeby zrozumieć, o co w tym chodzi, musiałbyś mieć długą brodę, przynajmniej jeden „rękaw”, przypalać zioło i tęsknić za słońcem. Cholera, to brzmi jak zapowiedź rewolucji. Czy takowa w 2013 roku jest możliwa?

Arek Lerch 

Pięć