PALLBEARER – Heartless (Profound Lore)

Pallbearer zrobili prawdziwą furorę swoim poprzednim krążkiem – wydanym 3 lata temu „Foundations Of Burden”. Całkiem słusznie, bo był to album niemalże bezbłędny, wolny od zapychaczy i mielizn, a pełen tego, co w doom metalu lubimy najbardziej – dramaturgii, posępnego klimatu i ładnych melodii. Jakie wrażenie pozostawił po sobie nowy album tej formacji? Wielki Brat zaprosił nas do pokoju zwierzeń i zadał kilka pytań…

Co lepsze – „Heartless” czy „Foundations Of Burden” (i dlaczego „Foundations…”)?

Adam: Zazwyczaj pytanie z podsuniętą pod nos odpowiedzią może sugerować jakiś haczyk, ale tym razem muszę się w pełni zgodzić. „Heartless” nie ma startu do poprzedniczki, a przyczyn takiego stanu rzeczy można znaleźć co najmniej kilka. Po pierwsze, wygórowane oczekiwania, określanie tej premiery jedną z najważniejszych w tym roku, wielomiesięczne budowanie napięcia. Brak jakiegoś napięcia w tych utworach- owszem, od zawsze Pallbearer słynął z rozwleczonych kolosów, ale wszystko tam było po coś. Tutaj co chwilę tracą wątek. Chwalą się też szerokimi muzycznymi horyzontami, ale te szlachetne inspiracje trzeba jeszcze przekuć w coś ciekawego. Może przyczyną niekonsekwencji tej muzyki jest właśnie to niezdecydowanie, spoglądanie w zbyt wiele stron jednocześnie.

Paweł: Przede wszystkim na „Heartless” znajdziemy mniejszą dawkę dramaturgii, która jest nieodzownym elementem tej układanki. Generalnie nie lubię patosu w muzyce, ale jest kilka zespołów, których twórczości słucham z wypiekami na twarzy pomimo tego, że jest do bólu pompatyczna – Pallbearer to właśnie jedna z tych kapel. W pełni zgadzam się z zarzutem co do niekonsekwencji – „Foundations Of Burden” było bardziej zwartą płytą i, mam takie wrażenie, bardziej przemyślaną. „Heartless” brzmi, jak gdyby nie do końca wiedzieli w którą stronę pójść.

Michał: Moim zdaniem „Heartless” jest przede wszystkim cholernie nierówna. „Foundations of Burden” to był trochę taki album w stylu ‚no fillers, only killers’ – właściwie od początku do końca trzymała równy poziom. W przypadku tegorocznego albumu, mało równy poziom bardzo rzuca się w uszy. Mamy tutaj zarówno utwory bardzo dobre, jak przede wszystkim zamykający „A Plea For Understanding”, jest też obdarzony wybitnie nie-metalową melodyką „I Saw The End”, ale jest też mnóstwo momentów, które są totalnie niepotrzebne i zbędne. No i tak jak wspominaliście – gubi się ta płyta na mieliznach. Może to i jest pewną cechą gatunkową dla tego typu muzyki, niemniej słuchając „Heartless” można się lekko zmęczyć – chociaż nie wiem, czy to jednak mimo wszystko nie jest spowodowane głównie właśnie tym nierównym poziomem.

Adam: Nawet biorąc pod uwagę debiut, widzimy, że sporo tam było budowania napięcia, akustycznych wstępów i tym podobnych zabiegów. Mimo to, tamta obszerność formy nie przeszkadzała, nie kazała ze znudzeniem sprawdzać, ile jeszcze zostało do końca… To właśnie wyróżnia zespoły ponadprzeciętne, wspomniana monotonia gatunku to natomiast efekt całej zgrai kapel odtwórczych. Pallbearer zaczął z wysokiego „c”, niestety, na nowym albumie jakby nieco się zagubił.

Michał: Odnoszę wrażenie, że chłopaki mieli za dużo pomysłów i chcieli wszystko upchnąć w jednym worku. Nie potrafili wyselekcjonować tej esencji, zostawili wszystko w formie zbyt chaotycznej. Z jednej strony uwypuklili zupełnie nie metalową melodykę – co jest w moim odczuciu dużą wartością dodaną – ale z drugiej też, chcąc odciąć się od gatunkowych standardów, zabrnęli w ślepy zaułek. A ponoć od przybytku głowa nie boli…

Paweł: Ja natomiast sądzę, że oni troszkę za bardzo progresywnie chcieli zabrzmieć. Zrobiło się z tego doomowe Crippled Black Phoenix – niestety, bez polotu, który tamten zespół cechuje.P

Dlaczego Pallbearer nie zostanie Pink Floyd swojej generacji? Bo przecież głośno takie aspiracje wyrażają.

Michał: Bo – cytując zespół Gówno – to nie jest, kurwa, Pink Floyd. Dlaczego? Bo to słychać. Pallbearer nie odnajduje się w tej stylistyce. Najlepiej wypadają, gdy jednak serwują szlachetny, klasycznie naznaczony doom metal, natomiast progresywne wycieczki niezupełnie im wychodzą. Chłopaki mają rzadko spotykany dryg do pisania świetnych melodii i chwytliwych piosenek, więc kombinując tylko sobie szkodzą.

Paweł: Otóż to. Te momenty, w których chcą być jak Pink Floyd są najgorsze. Chociaż sam zamysł nie był zły. Niestety wykonanie nieudane. Ładne melodie giną w gąszczu rozwleczonych, niepotrzebnych zupełnie fragmentów.

Adam: Tak, czytałem ostatnio wywiad z chłopakami, w którym to natknąłem się na ciekawe stwierdzenie. Wielcy poprzedniej epoki umierają jeden po drugim, a następców, jak nie było, tak nie ma. Pallbearer wyraźnie zgłasza akces do wypełnienia tych luk, szkoda jedynie, że za słowami nie idą czyny. Przynajmniej na razie… Zresztą, by zostać legendą, nie wystarczy wyjść z niszy, pokazowo dodając do tego elementy zupełnie innych gatunków. To, mimo wszystko, szablon. Potrzeba odejścia od swojego poletka, ale wyłącznie na własnych zasadach, nie patrząc się na innych. Zawsze pozostaje także możliwość dalszego kiszenia się w doomowym sosie, ale to raczej zespołu nie zadowoli

Michał: Tylko, że Pallbearer jednak są najlepsi wtedy, kiedy w tym sosie się kiszą…

Paweł: Otóż to. Te momenty, w których chcą być jak Pink Floyd są najgorsze. Chociaż sam zamysł nie był zły – niestety wykonanie nieudane. Ładne melodie giną w gąszczu rozwleczonych, niepotrzebnych zupełnie fragmentów.

Adam: Może i racja, że Pallbearer w sosie własnym najlepszy, aczkolwiek chyba dobrze, że ewoluują zgodnie ze swoim sumieniem. Na razie to próby nieco nieudolne, wiodące na manowce, ale za samą ideę żywota zespołu wiecznie poszukującego należą się pochwały.

Michał: Niestety jest to ewidentny strzał w stopę, bo – jak wcześniej już pisałem – największym atutem Pallbearer i tym, co ich wyróżnia na tle sceny, jest umiejętność pisania kapitalnych melodii, tyleż depresyjnych, co chwytliwych.

Paweł: Wiecie, ja jestem ostatnią osobą która skrytykuje jakikolwiek zespół za to, że kombinuje i stara się wychodzić poza utarte ramy gatunku, ale jednak takie eksperymenty nie zawsze się udają. Teraz pytanie, czy Pallbearer dalej będzie szedł w Pink Floyd, czy może „Heartless” pozostanie eksperymentem, a na następnej płycie wrócą do korzeni, lub pójdą w zupełnie inną stronę.

Michał: Sądzę, że to dopiero początek i na kolejnych płytach będą jeszcze bardziej pajacować.

Paweł: Tam zaraz pajacować… Może być też tak, że dopracują formułę i zaskoczą wszystkich genialnym krążkiem. Czego im i nam życzę.

Michał: Również chciałbym, żeby było tak, jak mówisz, ale biorąc pod uwagę, jak te ich „eksperymentatorskie” zapędy wyglądają, nie wróżę niczego dobrego.

Adam: Mam podobne obawy co Michał. Choć obawy to może zbyt duże słowo- ostatecznie z takich eksperymentów wyjść może dosłownie wszystko, nigdy nie da się przewidzieć rezultatu. Czy tę płytę wszyscy zgromią, czy rozpłyną się w zachwytach, Pallbearer nadal będzie szedł własną ścieżką. Do bardziej tradycyjnego doomu już, zdaje się, nie wrócą nigdy.P1

Żeby nie było tak pesymistycznie – najlepsze momenty „Heartless”?

Michał: Zdecydowanie „A Plea For Understanding”! Z jednej strony narzekam, że Pallbearer przesadzają, gubią sie, za dużo kombinują, a za najlepszy moment wskazuje najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór. Paradoks, ale to właśnie ten kolos jest przy tym najbardziej chwytliwy i najbardziej zapada w pamięć. Chciałbym, aby zagrano go na moim pogrzebie.

Paweł: Ostro idziesz (śmiech).

Michał: Na pierwszy taniec na weselu średnio się nadaje (śmiech). Generalnie jednak na „Heartless” można wskazać sporo bardzo dobrych momentów – często nawet w pojedynczych utworach świetne melodie poprzetykane są kompletnie nie trafionymi pomysłami. „I Saw The End” czy końcówka „Dancing In Madness” to też klasa sama w sobie.

Adam: Wbrew pozorom, to wcale nie tak łatwe pytanie. Bo przecież nie jest to płyta tak zła, by wszystkie jaśniejsze momenty wyraźnie wybijały się na marnym tle ogółu. Kolejny problem jest taki, że właśnie przez te wielokrotne gubienie napięcia i mielizny, całe „Heartless” zbija się w jednorodną masę- masę złożoną z motywów lepszych i gorszych, ale przede wszystkim usypiającą. Te utwory zlewają się w jedno, stąd ciężko o jednoznaczne wytypowanie faworytów. Podoba mi się „Lie of Survival”, który mocno kojarzy się z debiutem Amerykanów, podoba mi się także klimatyczna końcówka „Thorns”, po którym wszyscy jadą dość równo.

Paweł: Mnie od początku wpadło w ucho „I Saw The End”. Kapitalny numer ze starannie budowanym napięciem, dramaturgią i – przede wszystkim – cudną melodią. Nie rozumiem, dlaczego panowie nie dali go na singla, zamiast jałowego „Thorns”. No ale ok, może ten numer jest bardziej radio-friendly. Na pewno mniej melancholijny. Poza tym utwór, którym tak zachwyca się Michał. „A Plea Of Understanding” to Pallbearer taki, jakim go pokochałem na poprzedniej płycie. Rozbudowany, epicki numer.

Czy Pallbearer gra jeszcze doom metal?

Michał: Nigdy nie traktowałem gatunkowych ram jako świętości. Z pewnością fundament muzyki Pallbearer nadal jest mocno osadzony w doom metalu – słychać to przede wszystkim w ponurej, depresyjnej atmosferze, w podejściu d pisania riffów. Z drugiej strony Amerykanie są też wyjątkowo popowi – o ile to w ogóle dobre słowo. Poprzez „Heartless” z pewnością chcą się nieco – a może nawet znacząco – odciąć od doom metalu, sądzę jednak, że nadal postrzeganie ich w kategoriach zespołu doom metalowego jest jak najbardziej uzasadnione. Oczywiście pod warunkiem, że ma to dla kogoś jakiekolwiek znaczenie.

Adam: Z licznymi domieszkami, ale doom. Wciąż to on stanowi punkt wyjścia w tej muzyce. Przecież „Heartless” nie przynosi złagodzenia brzmienia czy znaczącego odejścia od ciężkich riffów. Od tej etykietki nie uwolnią się już chyba nigdy, musieliby przebranżowić się o 180 stopni. Zawartość nowego albumu ochrzciłbym mianem doomu przekombinowanego.

Paweł: Albo post-doomu. Od jakiegoś czasu w muzyce ramy gatunkowe traktowane są baaaardzo luźno, i tyczy się to nawet tak konserwatywnego przecież doom metalu. Również uważam, że Pallbearer nadal do tej szufladki pasuje, chociaż trudno powiedzieć, jak długo.P3

Panowie, bardzo jesteście pesymistyczni. Krótkie podsumowanko – lepiej spędzić godzinę na gapieniu się w sufit, czy na słuchaniu „Heartless”?

Michał: Najlepiej jest gapić się w sufit słuchając „Heartless” – jednak, mimo wszystko, to jest całkiem niezły album. Nie tak równy jak bym chciał, nie do końca przemyślany, ale jednak pełen charakterystycznej dla Pallbearer beznadziei i pogrzebowej aury. Pod względem ładunku emocjonalnego nic się nie zmieniło – to nadal muzyka, przy której aż chce się umierać.

Paweł: Osobiście wolałbym posłuchać „Heartless”, chociaż sufit kusi, nie powiem. Zgadzam się z Michałem – niezła płyta, ale po fantastycznym „Foundations Of Burden” poprzeczka była podniesiona wysoko, przez co po lekturze nowego krążka pozostał pewien niedosyt.

Adam: To zależy, co kto ma na suficie i w jego okolicach- ja mam lampę z Ikei, przy której „Heartless” wypada naprawdę niesamowicie. Warto sprawdzić, gdzie ich te eksperymentatorskie zapędy doprowadziły. Obecnie wydaje się to dość zabawne, ale „Decibel” w swojej zapowiedzi 2017 roku wyróżnił tę płytę jako najbardziej wyczekiwany krążek. To mimo wszystko ewenement, mówimy w końcu o zespole wyrosłym na doomowym podłożu. Nie oszukujmy się, nie jest to ani płyta roku, ani najlepsza pozycja w dorobku Pallbearer. Może wręcz przeciwnie, obie poprzednie płyty wydają się być niedoścignionym wzorem. Posłuchać warto, chociaż raz – nie bez przyczyny ten album wzbudził – i wzbudzi – aż takie emocje i rozbieżne opinie.

Na pytania Wielkiego Brata odpowiadali Adam Gościniak, Michał Fryga i Paweł Drabarek