PALEHORSE – Harm Starts Here (Candlelight)

Czasami jest tak, że zespół robi wszystko, żeby zafałszować obraz własnej twórczości. Jeśli iść tym tropem, londyński Palehorse osiągnął w tej dziedzinie mistrzostwo. Okładka płyty nie mówi nam kompletnie nic, a jeśli zerkniemy na zdjęcia promocyjne, dojdziemy do wniosku, że mamy do czynienia z bandą idiotów. Okazuje się, że po lekturze „Harm Starts Here” wcale nie ma większej jasności co do psychicznej kondycji zespołu…

Wprawdzie zdjęcia dołączamy tylko do tzw. „albumów tygodnia”, tym razem zrobimy jednak wyjątek, bo fotosy zespołu są wielce pocieszne, sugerujące, że muzykanci najlepiej czują się w przytułkach dla ubogich umysłowo, najbardziej zaś nienawidzą black metalu. Fakt, takich dźwięków na płycie nie znajdziemy, jednak jednoznaczne określenie zawartości krążka jest dość trudne. Odnoszę wrażenie, że zespół chciał spróbować każdej odmiany współczesnego, alternatywnego rocka. Jest wiec trochę modnego, post rockowego smęcPalehorse2enia („What Is Wrong with You, People”), mamy monotonny noise („Don’t Bitch My Shit”), jest też troszkę matematycznego łojenia (szelakowaty „Five Grown Men”) a nawet dość specyficzny doom w „Chanel nr 5”. Zupełnie dziwacznym pomysłem jest „Full Power Anglo – Gambian Rinseout” – na tle dudniącej miarowo, zapętlonej sekcji zespół serwuje jakieś pseudo – nawiedzone gadki telewizyjnych kaznodziejów. I tak przez cały czas, z naciskiem na interpretację noise rockowych kanonów. Są miejsca bardzo ciekawie zaaranżowane, łączące rockowy drive z hałaśliwą, klasyczną lutą i ładne, ambientowe wyciszenia, ale cały czas podczas lektury płyty miałem poczucie, że zespół ze mnie kpi i w sumie niczego poważnego nie chce przekazać. Może za bardzo sugeruję się zdjęciami, a może Palehorse po prostu chce się naszym kosztem zabawić, kto wie? W każdym razie, mimo sprawnego odczytania muzycznych kanonów, brakuje mi w tej muzyce czegoś własnego, żaru i należnej głębi. Rzemiosło z przymrużeniem oka, czyli rzecz podejrzana…

Arek Lerch 

Trzy