P.L.F – Ultimate Whirlwind of Incineration (Blastasfuk Grindcore)

Dziwię się czasem samemu sobie, że takie perełki odkrywam dopiero, gdy zespół wydaje czwartą, lub piątą płytkę. Na dodatek jest to zespół stanowiący lekturę obowiązkową dla fanatyków grindcore’owych przejażdżek bez trzymanki, co tym bardziej nie daje spokoju. Ba, to istna, żywa legenda nieco młodszej fali amerykańskiego grindcore’a, która obok Noisear, lub Insect Warfare umacnia trzon tego gatunku. Po 14 latach grania pod szyldem P.L.F (wcześniej Pretty Little Flower, teraz Pulverizing Lethal Force) czwarty, pełnometrażowy album doczekał się premiery.

Lubię, gdy w dobie zdobienia albumów okładkami wykonanymi w „alternatywny”, „minimalistyczny”, lub „awangardowy” sposób, pojawiają się te, nawiązujące swoją stylistyką do starych, sprawdzonych metod zainteresowania sobą odbiorcy. To jeden z tych przykładów, gdzie klasyczne rysownictwo wespół z trupiobladymi elementami kontrastuje z pstrokatą, odstającą od całości typografią – jakby czas się zatrzymał. I tak też się dzieje, bo pod pokrywą wizualną znajduje się świat wyrwany z początków lat 90-tych, kiedy to grindcore dopiero co złapał pion, niczym niemowlak w dniu swego pierwszego kroku. I choć od tego momentu upłynęło sporo czasu, idąc za przykładem P.L.F dowiadujemy się, że są jeszcze na tym świecie renowatorzy przeistaczanego na wiele sposobów grindcore’a, którzy chcą go celebrować w najbardziej pierwotnej postaci.PLF2

Jak na niemal każdy, grindcore’owy album przystało trudno i tutaj o jakieś wyróżniające się momenty, muzykę P.L.F. stanowi zwarty szereg minutowych wystrzałów, co oznacza, że wyciśnięcie esencji z albumu możliwe jest wyłącznie na drodze przetrawienia najnowszego dokonania Amerykanów w całości. Zatem, mamy to, czego można było się spodziewać zarówno sugerując się gatunkiem samym w sobie, jak i dotychczasowym dorobkiem grupy. Grindcore z mocnym wykorzystaniem hardcore/punkowych, ale i thrashowych pomysłów. Te skoki między riffami i tempo perkusji, ta wściekłość wyciągnięta rodem z klasyków thrash metalu z okolic Bay Area’y. Połączenie godne naśladownictwa, pozazdrościć różnorodności. Tak, spokojnie można powiedzieć o muzyce P.L.F, że jest niejednorodna, co oczywiście nie zwalnia z określenia jej mianem prostej. Jest różnorodnie prosta, niby pozornie betonowa, a jednak wypełniona po brzegi ciekawymi, klasycznymi kompozycjami.

Zapewne znajdą się też tacy, co pewni swoich racji stwierdzą, że to nic innego jak odgrzewanie kotleta zwanego grindcorem na tej samej patelni i pod tym samym tłuszczem po raz setny. Czasami jednak muzyczny wyścig zbrojeń i to ciągłe prześciganie się w coraz bardziej szalonych, technicznych, brutalnych, etc. kompozycjach staje się w rzeczywistości nudniejsze niż ów przytoczony, usmażony mielony. Dobrze, że tak się dzieje, bo kultywujące tradycje obozy kroju P.L.F prędzej czy później – na pewno zawsze znajdą dla siebie miejsce w czasie i przestrzeni.

Adam Piętak

Cztery