OVERKILL – The Grinding Wheel (Nuclear Blast)

Już od hucznych początków Nowej Fali Thrash Metalu wiadomo było, że ten trend nie potrwa za długo. Ile kapel może stworzyć ciekawe wariacje nt. riffów krzewionych w poprzednim stuleciu przez legendy gatunku? Jak się okazało: niewiele. Młodzi (z wyjątkiem kilku nazw) dawno przepadli w morzu jednakowych grup, a starsi odegrali się klasowymi powrotami z zaświatów. Podług anglojęzycznej dewizy „old but gold” zagrali Exodus, Onslaught i Testament. Wśród tych składów zagościł także Overkill, który przez długie lata cieszył fanów nieco zachowawczymi, aczkolwiek udanymi albumami. Czy „The Grinding Wheel” kontynuuje udaną passę Blitza i kolegów? O tym dyskutujemy z Grzegorzem.

Łukasz: Kiedy kilka tygodni analizowaliśmy ostatni krążek Kreator, nadmieniliśmy, że na próżno szukać fajności w thrashu trzeciego tysiąclecia. Nagle przypomnieli o sobie Blitz i koledzy, a pragnienie żwawego gnania przed siebie zostało wynagrodzone… 7-8-minutowymi kobyłami! Co poszło nie tak?

Grzegorz: Po prostu panowie chcieli dać z siebie jak najwięcej nim zejdą ze sceny. Pięć dych na karku i koncerty m.in z Nile to niezbyt dobra kombinacja na długowieczność. Pięć pierwszych płyt tej ekipy to kamień węgielny thrashu, potem bywało lepiej, ale ostatnie opusy to strzały w kolano, na całe szczęście z małego kalibru. bo nie wybaczyłbym. Ale wiesz co, podoba mi się, że rżną z Maiden i Priest. To jest akurat, aż wstyd to pisać, w miarę świeże…

Łukasz: Rżną z Maiden i Priest tak, że dokonania protoplastów heavy metalu nikną przy Overkill. Nie zgodzam się natomiast z negatywną oceną ostatnich krążków. Poprzedni album nowojorczyków, „White Devil Armory”, akurat chłoszcze zwartymi riffami od początku do końca. „The Grinding Wheel” zaś nie chłoszcze, a wyrazistych przebojów ze święcą tutaj szukać.

Grzegorz: Bo są za długie. Wspomniałeś o tym na samym początku i to jest jedyna, ale za to jakże kluczowa wada tego wydawnictwa. Najkrótszy numer trwa pięć minut. To nie prog metal, a jednak …Overkill band

Łukasz: Wprawdzie pałam niechęcią do prog-metalu, ale aż prosiło się, by te kolubryny nafaszerować rozbudowanymi motywami. Tymczasem wyszło z tego przesadne epatowanie kilkoma nośnymi riffami. Po co?

Grzegorz: Po to, żeby Nuclear Blast sprzedało trochę merchu i dało szansę na kolejne trasy. Nie wiem, czy gdyby nagle Overkill zawiesił działalność, ktokolwiek nie mógłby tego odżałować. Może tylko ze względu na obłędne i piekielnie wyczerpujące koncerty, ale studyjnie, cóż, jest to zespół, którego czas minął. Za to zza grobu wróciły stada niegdyś trzecioligowych ekip, które nagrały doskonałe płyty. Dzieje się, ale chyba nie tak, jak trzeba.

Łukasz: Sugerujesz, że opasłe kompozycje przyciągną słuchacza skuteczniej od naładowanych furią hitów, które oscylują wokół trzech minut? No i przytocz te trzecioligowe ekipy z doskonałymi krążkami na koncie, bo aż nie chce mi się wierzyć w słusznść takiego stwierdzenia.

Grzegorz: No, Assassin nigdy do czołówki nie należał, a przygrzmocił nie słabiej niż Testament. Protector podobnie. Exumer tez zawsze był poza (umownym) topem, a grzeją aż miło. Poza tym, powtórzę z rozmowy o Kreatorze, młodzież gra fajniej, ciekawiej, luźniej.

Łukasz: Znowu docieramy do tego punktu (śmiech). Może i Overkill nie dorzucił do pieca tak, jak zawsze, ale nie wmówisz mi, że Havok czy inny Warbringer jest w stanie zrobić to lepiej.

Grzegorz: Ale nie musi lepiej. Lepiej to Vektor albo Revocation. Basta!

Łukasz: Dlaczego porównujesz tak różne od siebie kapele? Jedni urwali się z kosmosu, drudzy flirtują z death metalem, a Overkill gra staroszkolnie, tradycyjnie wręcz. Jak u mamy.

Grzegorz: Grają jak Motörhead na sterydach (śmiech). Ale u mamy to chyba jednak dobrze, nie? Kotlet i rosół zawsze smakuje, choć normalnie jesz sushi, czyli dajmy na to, odlatujesz przy Vektorze, a najlepiej bawisz się przy Coroner. W moim przypadku prędzej przy Mekong Delta, więc stąd to uwielbienie do długich numerów. To jednak powinno nieść ze sobą treść, a tej na nowym Overkill jest dużo, ale tylko zegarowo, bo za dużo motywów się powtarza.

Łukasz: Na plus jest za to forma wokalna Blitza, który i na żywo, i w studio pokazuje młodym, gdzie raki zimują.

Grzegorz: Zawsze to robił. I jakby mu mięśni przybywało na klacie. Nie wiem skąd czerpie siłę, ale jest prawdziwym tytanem. Blitz ratuje ten album?

Łukasz: Już chciałem powiedzieć, że przecież nie sam wokal warunkuje poziom muzyki, ale… tak. Te sukcesywnie podbijane „górki” na spółkę z chuligańską manierą od zawsze robią swoje.Overkill 2017

Grzegorz: Lipnicki na garach też daje radę. W ogóle sound sekcji na tej płycie poraża. Niby super klarownie i nowocześnie, ale na dobrych głośnikach jest Armageddon.

Łukasz: Produkcja tej płyty miło pieści narząd słuchu, racja. Co z tego, że jest sterylnie, skoro ryczące gitary wespół z kanonadą perkusyjnych uderzeń łechcą aż miło?

Grzegorz: To czekaj, bo trochę się gubię, to w końcu jest fajnie i do tej płyty wrócimy, czy jest dobra na raz. Na jeden wieczór?

Łukasz: Nie, nie. Jest fajna pod względem produkcji, nawet bardzo. Cieszy też wokal. Nie zmienia to jednak faktu, że Overkill zapomnieli o pewnej drobnostce: dobrych kompozycjach. Chociaż jest ciekawie, gdy zagęszczają rytm. Książkowyn tego przykładem „Our Finest Hour”. Nóżka chodzi sama.

Grzegorz: Zamiast nóżki powinien chodzić baniak. Jak szalony. Nie oczekuję hitów na miarę „Rotten to the Core”, ale jak wspomniałeś na początku rozmowy, pierwiastek przebojowości nie został włączony do tej układanki

Łukasz: A pamiętajmy, że thrash mądry nie jest i chyba nigdy nie zostanie. Przebojowość niejako stanowi jeden z czołowych elementów tego gatunku. Bez niej wojowanie na festiwalach albo klubowych koncertach obdarte jest z sensu.

Grzegorz: Podobny brak sensu w polskich imprezach plenerowych, ale o tym innym razem. To co? Idziemy na koncert Overkill, ale płyty nie kupujemy?

Łukasz: Owszem. Przecież wiadomo, że na koncercie Overkill rozruszają nawet takich zgorzknialców, jak my. Może najmłodsi nie są, ale werwą mogliby obdzielić kilka formacji ze znacznie młodszymi personami w składzie.

Narzekali Łukasz Brzozowski i Grzegorz Pindor