OUTRE – Ghost Chants (Third Eye Temple/Godz Ov War/Essential Purification)

Kraków, dawna stolica kraju, powoli staje się kolebką black metalu. W piwnicach tego na wskroś turystycznego rejonu małopolski, z dala od zgiełku tego co na powierzchni, kiełkują bowiem zespoły, które stanowią o sile całego „undergroundu”. Jednym z nich, wraz ze swoim wyśmienitym debiutem – „Ghost Chants”, jest OUTRE. Dźwięki, które objawili nam krakowianie na swoim pierwszym długograju pozwalają z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że stajemy twarzą w twarz z jednym z najciekawszych debiutów tego roku i z jedną z lepszych kapel na rodzimej scenie. Czujecie podekscytowanie?

Zazwyczaj wystarczy kilka odsłuchów krążka, żeby wyrobić sobie zdanie na temat słyszanych dźwięków i je opisać. W niektórych przypadkach potrzeba jednak znacznie więcej. Znacznie więcej wymaga od słuchacza sprezentowany przez krakowskie Outre ich debiutancki długograj. Nie tylko czasu, ale także zaangażowania i samodyscypliny. Do spisania tej recenzji siadałam wielokrotnie. W zwyczaju mam, że w czasie, kiedy próbuję oblec muzykę słowem, wybrzmiewa ona z głośników. Zazwyczaj nie kolidowało to z koncentracją nad tekstem, jednak w przypadku „Ghost Chants” wielokrotnie wsiąkałam w ten krążek i po prostu zapominałam po jaką cholerę otwarłam edytor tekstu? I budząc się po kilku zapętleniach z tego hipnotycznego letargu stwierdzałam z pokorą, że czuję się zbyt maluczka w stosunku do monumentu, który sprezentowali panowie z Outre. Dlatego dziś rozbrzmiewa cisza, tak na wszelki wypadek, aby znów duchy swoimi pieśniami nie zwabiły mnie do jakiegoś równoległego świata, gdzie czas przestaje istnieć.

Poczynania Outre śledzę niemal „od poczęcia” kapeli. Niejednokrotnie zasłuchiwałam się ep-ką „Tranquility” sprzed dwóch lat. Później wyczekiwałam splitu z Thaw, który jednak  w moich oczach nie strącił poprzedniczki z piedestału. A na debiut? „Roztropną rzeczą jest wątpić” jak mawiał Wolter. Mix wątpliwości i obaw towarzyszył oczekiwaniu na pełny album. Zmiany w zespole, to zawsze powód do swoistej niepewności. Czy aby na pewno nie zburzą one całościowego „dobrego wrażenia”, które towarzyszyło im dotychczas? Czy następca podoła? Bla, bla,bla…? Wszyscy, którzy słyszeli już krążek (a Ci, którzy nie słyszeli, winni natychmiastowo posłuchać), zapewne zgodzą się ze mną, że zaproszony do pełnienia roli wokalisty Stawrogin (współtworzący Odrazę – nie trzeba chyba wspominać, ile zamieszania zrobił ich zeszłoroczny debiut) nie tylko podołał – on przeniósł muzykę zespołu na wyższy level, dodał do niej kolejny wymiar – natchnionego obłędu. Zaczynać od wokaliz, to trochę jak oglądać film od końca, jednak w przypadku debiutu Outre jest to czynnik najbardziej „szokujący”, w każdym z pozytywnych znaczeń tego słowa. Jak wspomniałam, obawiałam się zmian. Pewnie nie tylko ja. Jednak już otwierający płytę „Departure” sprawił, że wszelkie wątpliwości prysły, a w myślach powtarzałam: „o (tutaj proszę wstawić najpopularniejsze, polskie słowo), jest dobrze!”. Kolejne kawałki jedynie potwierdzały rzeczoną frazę. Tak, wokale na „Ghost Chants” są po prostu obłędne! Nawiedzone wrzaski, duszone zaśpiewy, wyśmienite growle, krzyki i jęki jakby żywcem wyrywano grzesznikowi duszę… Mistrzostwo. Za każdym razem mam wrażenie, że przed nagraniem Stawrogin zeżarł tuzin belzebubów, które w trakcie próbowały wydostać się z powrotem. Czysty awangardowy obłęd.unnamed

Oczywiście, same rewelacyjne wokalizy nie stanowią jeszcze o kompletnej sile tego materiału. „Ghost Chants” to także siedem świetnych kompozycji utrzymanych w „outrowskim” duchu, chociaż ewolucja muzycznych eksperymentów i niezwykle ciekawych rozwiązań jest słyszalna. Galopujące, perkusyjne kanonady z mnóstwem połamanych rytmów budują napięcie i atmosferę nieprzewidywalności, przechodząc w leniwe, jakby „umęczone” zwolnienia. Charakterystyczne brzmienie gitar nadaje materiałowi swoisty, rozpoznawalny klimat. Właśnie, klimat to kolejna zaleta tego krążka. Outre swoim debiutem odcięło się na dobre od przypinanej im dotychczas łatki post-black metalu, skłaniając się bardziej w stronę eksperymentalnej awangardy z mocnym naciskiem na black metal. Dźwięki sprezentowane na krążku, mimo, że przytłaczają ciężarem gęstym jak smoła w kotle rogatego, a gitarowe motywy tną siarczystym chłodem, nie są pozbawione melodyki opartej na świetnych riffach. Mistrzowsko zaaranżowane i wykonane wokale dopełniają całości, sprawiając, że muzyka wtacza się w krwiobieg przemyślanym, momentami zaskakującym, a przede wszystkim monumentalnym, hipnotycznym wręcz transem. Grzechem byłoby nie wspomnieć o produkcji. Selektywne a zarazem niezwykle przestrzenne i wielowarstwowe brzmienie uderza z ogromną siłą wypełniając cały dostępny obszar. Jak widać (czy raczej słychać), black metal może być „ładnie” (czyt. porządnie) wyprodukowany i nie stracić (a zdecydowanie zyskać) przy tym na sile rażenia.

Na koniec warto też wspomnieć o sprawie czysto estetycznej. Otóż graficzna strona debiutu, której autorem jest niejaki Robert A.von Ritter, prezentuje się równie dobrze, jak muzyczna. Niby nie powinno oceniać się płyty po okładce, ale w przypadku „Ghost Chants” śmiało można stwierdzić, że jeśli ktoś pokusił się o takie rozwiązanie, nie będzie rozczarowany zawartością, bo obydwa aspekty to kunszt i precyzja. Tak, więc otrzymaliśmy wyśmienity debiut, który przenosi nas do mrocznego, nawiedzonego świata duchów z dziewiątego kręgu piekła. Wypada więc podziękować i wrócić do delektowania się tymi dźwiękami, do czego każdego zachęcam.

Justyna Bochenek

Pięć i pół