OSTRACA – Last

Myślałem, że współczesne screamo umarło, niczym post-rock przedefiniowując swoje największe walory w najbardziej dokuczliwe wady. Ostraca, choć nie zmienia mojego ogólnego myślenia o gatunku, jest niczym powiew świeżego powietrzu w zatęchłej piwnicy. Na swoim drugim albumie Amerykanie pokazują, że owszem, można jeszcze z tej skostniałej formuły wyciągnąć co najmniej 29 minut fascynującego grania.

Główną zaletą „Last” jest umiejętność pełnego wyczucia hołdowania klasykom gatunku, z Saetia na czele. Oczywiście nie jest to kalka w skali jeden do jednego – prędzej mówimy o wysmakowanym nawiązaniu i czerpaniu z najlepszych wzorców. Muzycy Ostraca na pewno mają te same geny, co nowojorczycy i dzięki nim potrafią świetnie stopniować poszczególne kompozycje. Słychać też pewną sympatię do grania bardziej przestrzennego, niemal pejzażowego, czego najlepszym dowodem jest prawie dziesięciominutowa „Nausea”. Ostraca splata tutaj post-rockowe i ambientowe wątki z konkretnym jebnięciem, nie zahaczając przy tym o niepotrzebne mielizny – co jest chociażby częstą bolączka Envy. Trzeba też przyznać, że jak mało kto potrafią wyważyć drzwi – otwierający „Waiting for the Crash” nie ma nic wspólnego z czekaniem, to bezpardonowe wejście butem na mostek. Takie, po którym naprawdę trudno się podnieść. A przecież później mamy jeszcze chociażby pełen nieprawdopodobnego wkurwienia „Childlike” czy świetne zamknięcie w postaci „Worn Away”. Co tu dużo mówić, na „Last” nie ma słabych punktów. Jest za to niemal pół godziny emocjonalnej erupcji – niezależnie, czy mówimy o lekko sludge’owych wolniejszych partiach („Confronting Imagism” ma najsilniejsze inklinacje w tym kierunku) czy o wściekłych, pełnych beznadziei galopadach.Ostraca

Drugi album w karierze Ostraca polecam nie tylko miłośnikom nurtu, ale przede wszystkim tzw. niedzielnym słuchaczom. Screamo dla osób, które nie słuchają screamo? Może, ale zarówno mnogość wątków, jak i wyciśnięcie maksa ze stosunkowo mało ruchliwej sceny sprawia, że to świetny krążek, by spróbować w to wszystko bardziej „wejść”, aczkolwiek polecałbym jednak w pierwszej kolejności sięgnąć po klasyczną „Saetia”. Fajnie wiedzieć, skąd się to wszystko wzięło i że wbrew pozorom jeszcze nie zdechło.

Michał Fryga

Pięć