ØRGANEK – Czarna Madonna (Mystic)

Rock nie umarł – żyje, ma się dobrze, przeszedł okres buntu, nauczył się jak funkcjonować w społeczeństwie i choć nie ma w nim już tego brudnego, aroganckiego zadziora, nadal może cieszyć się uznaniem publiczności. Która też się zmienia. Myślę, że ze dwadzieścia lat temu album „Czarna Madonna” Tomka Organka byłby uznany za zbyt popowy. Dzisiaj to idealna porcja niebyt absorbującego, ale bardzo chwytliwego hałasu, ubranego w markowe, produkcyjne ciuchy.

Hałasu niezbyt absorbującego, ale na pewno nie banalnego. Organek z niejednego pieca ukręcał swoje brzmienie, bywał tu i tam (ostatnio chociażby z projektem Męska Muzyka…), wszystkie doświadczenia kumulując na swojej nowej płycie, która skrojona jest jak doskonały garnitur. Matowy, pięknie uszyty, bez żadnych niedoróbek. Męski, dystyngowany strój. Wiem, ktoś może poczuć się oszukany, bo to przecież miał być rock’n’roll (wymawiajmy z kluskami w ustach, żeby było po amerykańsku). I jest, proszę państwa. Jest, ucywilizowany, dokładnie taki, jak lubię.Organek

Płyta skonstruowana jest z dbałością o dobrze rozumianą dramaturgię. Wstęp, rozgrzewka i na trzeciej pozycji hit, który ciągnie muzykę za ryj na salony – kto nie słyszał jeszcze „Mississippi w ogniu”? Nie ma takiej opcji, bo kawałek z tym chwytliwym, tarantinowskim, gitarowym wibrato lata po radiu jak szalony. A potem już idzie równo i solidnie: wesoła „Wiosna”, frywolny „Ki czort” (z ficzuringiem Nergala). Mocne „Ultimo” i nie gorszy „Psychopomp”. I na końcu niemal niemenowski wałek tytułowy. Jest rozmach i dramat. Wszystko pięknie zagrane, bez jakichś fajerwerków instrumentalnych, bo to piosenki są przede wszystkim. Produkcja idealna, surowa, ale dopieszczona. Podobać się może wokal pana Organka, kojarzący się trochę z manierą Fisza z okolic drugiej płyty Kim Nowak, zresztą, skojarzenia z klanem Waglewskich nie opuszczały mnie przez całą płytę, ale to już moje prywatne aberracje. W mocniejszych momentach z kolei może komuś przypomnieć się  Volbeat z najlepszych lat.

„Czarna Madonna” nie jest płytą, która – podobnie jak miało to miejsce w przypadku krążka Głupi –  zmieni oblicze rocka w Polsce i okolicach, ale stanowi dobry przykład, jak się taką muzykę gra tu i teraz. Bez jakichś specjalnych aspiracji. Po prostu – rock z klasą. Dojrzały, nie zmurszały…

Arek Lerch

Zdjęcie: Krzysztof Grabara

Cztery i pół