ORANSSI PAZUZU – Valonielu (Svart)

Generalna zasada jest taka, że zdolni muzycy wywodzący się z nurtów „progresywnych” chwytając się klimatów podziemno-hałaśliwych tworzą ciekawszą muzykę niż metalowcy nawróceni na artystowską dłubaninę… tak przynajmniej było do czasu powstania Liturgy i pokrewnych mu wynalazków, ale ja nie o tym miałem. Oranssi Pazuzu tę regułę potwierdza, bo nawet nie proponując wybitnie rewolucyjnego podejścia do tego, co stworzyli na poprzednich dwóch płytach, wciąż grają bardzo frapującą interpretację black metalu – najbardziej chłonnego gatunku w historii mocnego grania gitarowego.

Trudno mi tu uknuć jakąś minimalnie wiarygodną teorię, los chciał bowiem, że uszy mam zalepione hałasem od wczesnej młodości i z metalu wyrasta moje myślenie o muzyce. Wydaje mi się jednak, że każdy muzyk chowany na gatunkach psychodeliczno-progresywnych znajdzie w black metalu coś zupełnie innego. Jeden doceni transową energię i geniusz w prostocie, drugi zachwyci się radykalną, a jednocześnie pojemną formą, a dla trzeciego będzie to hałas dla idiotów. Strzelam, że fińscy wymiatacze doszukali się w black metalu tego, co pod nutami czaiło się w najważniejszych płytach „Canterbury’owych” i krautorockowych, a co szybko zagubił wskakujący w bambosze rock progresywny. Zamiast narcystycznego zapatrzenia w wielką sztukę, jest ćpuńska wizja i lot w kosmos, napędzany transowym, monotonnym rytmem z mocno wyeksponowanym basem, który podobno jest reminiscencją nowej fali, a przynajmniej tak twierdzą specjaliści z Pitchfork. W stosunku do „Kosmonument” więcej tu przestrzeni i specyficznej chwytliwości, budowanej głównie na partiach klawiszy bezwstydnie mielących melodie na granicy dobrego smaku i eksploatujących „space’owe” brzmienia podpatrzone może u Edgare Froese, a może u György Ligeti’ego. Na całe szczęście wokalista trzyma kurs na typowo blackmetalową manierę, przypominającą często Frantę Storma z Master’s Hammer, a partie wokalne gdzieś tak do wysokości piątego utworu są głównym łącznikiem muzyki Oranssi Pazuzu z klasycznie pojętym black metalem, który jest tu czymś więcej niż muzycznym dziwactwem i koszulką Burzum naciągniętą na fali mody.

Nie ma co się czarować, że „Valonielu” to jakieś gigantyczne objawienie na miarę debiutanckiego „Muukalainen Puhuu” – oś pozostaje ta sama, styl się nie zmienił, a płyta o tyle przeskakuje swojego poprzednika, że jest mniej hermetyczna i ma większy współczynnik ponownej słuchalności. Muzyka Oranssi Pazuzu okrzepła, ale trzecia płyta dowodzi, że ta misja wciąż ma sens, skrajne elementy mieszają się tu z dużym smakiem i wyczuciem. Podoba mi się ta wizja i nie mam poczucia, że ktoś tu nieudolnie stara się byle było dziwniej, ale bez osłuchania i wyobraźni. Po pozostawiającej niedosyt dezercji norweskiego Shining na pole elektronicznego rocka, Oranssi Pazuzu typuję na najciekawszą (obok pozerów z Deafheaven) lifemetalową hordę, która nigdy nie przeszłaby weryfikacji w Temple of the Fullmoon.

Bartosz Cieślak

Pięć