ORANSSI PAZUZU – Kosmonument (Spinefarm Records)

Rytuał. To słowo najbardziej kołacze mi się w głowie po tym jak wreszcie zaznajomiłem się z najnowszym dziełem Oranssi Pazuzu. Bezkompromisowy, transcendentalny, kosmiczny rytuał… Wizje, psychodelia, odmienne stany świadomości a wszystko skryte w oparach dymu z płonącej, czarnej świecy…

 

Jeśli mam być szczery to płyta ta spowodowała małą ruinę mojego porządku dnia. Od chwili kiedy posłuchałem „Kosmonument” po raz pierwszy minęło już prawie dwa tygodnie i jak na razie nie wyobrażam sobie dnia, w którym nie poświeciłbym czasu na słuchanie tegoż dzieła. Jeśli ktoś myśli, że zaraz napiszę, że spowodował to geniusz fińskich muzyków to nie będzie do końca prawda. Do dziś nie jestem przekonany czy jest to płyta genialna czy tylko zręczna mistyfikacja mająca na celu zwrócenie naszej uwagi. Dawno już żaden zespół nie wywarł na mnie tak dużego wrażenia!

Na „Kosmonument” urzekło mnie połączenie różnych, muzycznych wpływów. Jak choćby w pierwszym na płycie „Sienipilvi” gdzie old school,owy, motoryczny riff jest w stanie egzystować razem z rozbudowaną,  psychodeliczną formą. Numer ten to jedna z niewielu kompozycji na płycie, które do black metalu odwołują się wprost. Poza kawałkiem „Komeetta” kolejne utwory wkraczają w rejony bliższy mrocznej psychodelii by tylko czasem zaakcentować czarny charakter i kierunek albumu.

Nie jest to płyta łatwa w odbiorze i nie chodzi tu nawet o dość karkołomne w założeniu połączenie tradycyjnego black metalu z odjechaną psychodelią. Wskazałbym raczej na brzmienie i samą konstrukcję długich kompozycji. Brzęczące gitary nie pomagają w tym, by zatonąć z muzyce Pomarańczowego Pazuzu a  wręcz przeciwnie – realizację  nazwałbym odpychającą i nieczytelną gdyby nie to, że w ten sposób brzmiała kiedyś masa zespołów dziś mających status kultowych formacji BM.

Płyta ta to demoniczna zabawa konwencjami i stylami, od metalu po czystą psychodelię szalonych lat 70-tych. Przewrotna, ale na swój dziwny sposób wciągająca… Główną siłą jej jest to, że nigdy nie wiemy co zdarzy się za chwilę. Słuchając, ciągle oczekujemy nieoczekiwanego. Czasem nie dzieje się nic i utwór rozwija się „normalnie”, ale jednak większość kompozycji mocno zaskakuje i to, że dany kawałek rozpływa się w kosmicznych frazach wcale nie znaczy, że w ciągu sekundy psychodelia nie zostanie zamknięta w chamskim, topornym riffie rodem sprzed dwóch dekad.

„Kosmonument” to kolejny album nie na dzisiejsze czasy. Płyta ta wymaga czasu i chęci do tego by ją poznać. Nie znajdziesz do niej klucza słuchając kosmicznego monumentu podczas podróży do pracy tramwajem. Płyta ta wymaga poddania się „rytuałowi słuchania” o którym chyba już zapomnieliśmy…

Nie umiem ocenić tego albumu tradycyjną skalą punktacji – wystarczyć Wam musi moje wyznanie, że nie przewiduję tego, bym w najbliższym czasie rozstał się z „Kosmonument”.

 

Wiesław Czajkowski