ORANGE THE JUICE – Romanian Beach

Orange The Juice – zespół, który mocno zamieszał swoim debiutem “You Name It”, pokazując, że z niesamowitą finezją można zmieszać metal, jazz, rock, reggae i kabaret. W równych proporcjach. Płyta zdobyła spore uznanie a teraz zespół pracuje nad następcą wspomnianego krążka. Pracuje, pracuje, pracuje… pracuje…

Postanawia też w ramach tej pracy pogłaskać słuchaczy, proponując im ep – kę, mającą być przedsmakiem nadchodzącej płyty „The Messiah Is Back”. Nie będę owijał w bawełnę – irytuje mnie okrutnie to przeciąganie nagrań w nieskończoność. Już chyba od ponad roku ciągle czytam, że trwają nagrania, dogrywki, miksy czy co tam jeszcze. Końca nie widać, za to pojawiają się coraz większe obawy o materiał, który znajdzie się na płycie. Niestety, takim przeciąganiem i podkręcaniem napięcia zespół może sobie zrobić krzywdę, bo historia muzyki nie raz pokazała, że nadmiernie napompowane oczekiwania pękały nieprzyjemnie w konfrontacji z muzyką a wielkimi wydarzeniami bywały płyty nagrywane w ciągu pięciogodzinnej sesji…

Tym bardziej, że dostarczona mi ep – ka wcale nie rozjaśniła obrazu, kreśląc jeszcze większy znak zapytania. W zasadzie mamy tu tylko jeden utwór, pochodzący z sesji Mesjasza – „Romanian Beach”. Kawałek utrzymany w charakterystycznej dla Orange The Juice manierze, czyli epatujący zmieniającymi się gwałtownie tematami. Od jazzu, przez kabarecik aż do niemal noise’u. Wszystko zagrane z niesamowitym wyczuciem, jak zwykle pokazujące fenomenalne umiejętności muzykantów. I choć z technicznego punktu widzenia utwór jest zmajstrowany doskonale, to sam w sobie pozostawia uczucie niedosytu, bo jest… taki dość zwyczajny. Zabrakło mi w nim czegoś bardziej „wykręconego”, mocnego po prostu. Nie lepiej wypadają trzy remiksy tegoż kawałka, z których w pamięci pozostał mi jedynie całkiem udany mix awangardy z dubem w postaci „Halszka Nabia Remix”. Dodatkowo mamy jeszcze dwa – że tak to ujmę – interludia w postaci „A Body Without Head” („chilloucik” przyjazny…) i „Something Youre Not Meant To Know”, będący próbą ożenienia hałaśliwego, przesterowanego riffu z chłopięcym chórem.

Długo zwlekałem z napisaniem tych słów, bo strasznie lubię Orange The Juice za „You Name It”, zaś w przypadku tej ep – ki mam mocno mieszane uczucia. Jeśli zespół chciał faktycznie uprzyjemnić mi dłużący się w nieskończoność czas oczekiwania na duży krążek, to bardziej mnie zirytował, pokazując swoją jakże kapryśną naturę i nie dając w zasadzie ani jednego numeru, który byłby przynajmniej tak samo mocny jak kawałki z debiutu. Ok., muzycy nadal są nieprzewidywalni, nadal mają sporo do powiedzenia, ale mam wrażenie, że troszkę się zapętlili… Pozostaje czekać i trzymać kciuki za Mesjasza. Obym po lekturze „dwójki” mógł z ulgą odszczekać powyższe jęki…

Arek Lerch  2,5