ORANGE GOBLIN – A Eulogy For The Damned (Candlelight)

Fakt, że Orange Goblin pochodzi z UK uważam za jawną kpię z przeznaczenia. Bo Pomarańczowi przeznaczeni są do tego, żeby zamiast popołudniową herbatkę w Londynie, sączyć whiskey na przedmieściach Luizjany, lecząc przy okazji rany po bójce w jakimś zapyziałym barze. Jak w deszczowej Anglii udaje im się grać takiego rasowego southern/stoner metala nie wiem, za to mogę dodać, że wszystkie powyższe uwagi jeszcze bardziej intensyfikuje najnowszy album, siódmy w dyskografii, żeby być dokładnym.

 

Rzecz jasna, to, że album jest dobry nie znaczy, że Ben Ward z kolegami wymyślili coś nowego. Absolutnie nie i to jest właśnie podstawa mojego twierdzenia. W porównaniu z poprzednim krążkiem, nowe dzieło jest chyba nieco prostsze i zdecydowanie bardziej chwytliwe. Ba, zespół upichcił nawet mocnego radio – playera w postaci „Stand for Something”, który przy dobrych wiatrach powinien refrenem pozamiatać w co bardziej rockowych audycjach. Największym jednak dobrem płyty jest spore zróżnicowanie materiału. Oczywiście, w ramach obranej konwencji. Na pierwszy plan wysuwają się najmocniejsze rockery – nieco stoner’owe, bujające „The Bishops Wolf”, równie mocno kopiący „Death of Aquarius” czy ”The Filthy&The Few”, który szczególnie na początku brzmi jak zżyna z Rollins Band.

Wspomniałem o zróżnicowaniu, czas więc na te odstające szlagiery. Od końca idąc, mamy najdłuższy na płycie utwór tytułowy, który startuje akustycznie i rozwija się w pełen rozmachu, dość pompatyczny, rockowy song, którego bałbym się nazwać balladą, ale może tak właśnie należałoby go potraktować. Hardrock’owe korzenie słychać w miażdżącym „The Fog”, którego riffów nie powstydziłby się nawet DOWN. Największe ciągoty w kierunku amerykańskiej tradycji zdradza jednak brzmiący jak modlitwa „Save Me From Myself”, gdzie melodyka ociera się miejscami o country.  Na koniec wspomnę jeszcze o krótkim, intensywnym, opartym na połamanym rytmie „Return To Mars”, bo zespół udowadnia w nim, że potrafi odejść od betonowych walców w stronę żywszych i wymagających niezłej techniki kompozycji.

Wiem, że o każdej płycie da się powiedzieć, że to najlepsze dzieło w karierze danej grupy. Być może Orange Goblin nie kwalifikuje się do takiej oceny, ale zupełnie subiektywnie muszę przyznać, że po raz pierwszy płyta Angoli tak długo kręciła się w moim odtwarzaczu. Bo są tu i wciągające tematy i dużo kombinowania, bo jest dojrzałość… Nie są to może szalone, nagrane w pijackim widzie petardy, ale dość wyważona, przemyślana płyta. To właśnie w tym miejscu ujawnia się zapewne anglosaska flegma muzyków, a może i wiek robi swoje? Kto wie… W sumie nie muszą przenosić się do Nowego Orleanu, żeby zasłużyć na miano dobrego zespołu…

 

Arek Lerch 4,5