OPETH – Sorceress (Nuclear Blast)

Będę kompletnie szczery. Może odstaję od obecnych standardów, ale do miana fana Opeth nigdy nie przystawałem. Ba, nie lubię tej kapeli z całego serca. Nigdy nie potrafiłem pojąć rzekomego polotu i geniuszu nudnego jak flaki z olejem „Blackwater Park”. Godzinami rozmyślałem, co takiego kuce dostrzegają w mającym świetne właściwości nasenne „Still Life”. Po dziś dzień kminię, jakież to wartości do metalowej braci wniósł ze sobą uwielbiany „Damnation”. Do tej pory ciężko mi pojąć, skąd wynikał bunt piewców szwedzkiej kapeli po romansie Akerfeldta ze Stevenem Wilsonem. Przecież to dokładnie tak samo nudna i irytująco nachalnie przygnębiająca muzyka. Po prostu zamiast growlu po cichu weszły czyste wokale z domieszką prog-rocka z lat 70. A właściwie czegoś, co miało go imitować. Aż tu nagle wyszły pierwsze single wytypowane na promocję „Sorceress” i Brzozowski zamiast marudzić, nie mógł posiąść się z wrażenia.

Tak, tak. Kiedy Mikael i kumple puścili w eter utwór tytułowy z nowej płyty, przeżyłem potężny szok. Czy opłakany w skutkach? Bynajmniej. Świetny, zwarty riff, przebojowe melodie i piękny refren. A potem uderzyli „Will O the Wisp”. I tutaj już absolutnie padłem z wrażenia. Jako miłośnik „Aqualung” Jethro Tull, w jednej chwili zapałałem niekłamaną sympatią do sielskiej melodyki i folkowych inklinacji, które to skandynawscy rockowcy (bo już nie metalowcy) tak zgrabnie przemycili do muzyki. Wtedy poczułem, że ja się z tymi klientami dam radę polubić. Dzisiaj wybiła premiera płyty. Traf chciał, że jakieś święto dzisiaj mamy. Dzień Warchlaka, albo coś w podobie. Nieważne. W każdym razie już po pierwszym odsłuchu przez to, co pełni w moim łbie funkcje umysłowe przeleciał szereg nieuporządkowanych myśli. Podług słynnego porzekadła „ręka, noga, mózg na ścianie”. „Sorceress” jest płytą progresywną. Jeśli ktoś był na tyle naiwny, by po okładce wyrokować powrót kwintetu do death metalu, mylił się. I to grubo. Ów materiał stanowi bowiem kontynuację stylu zapoczątkowanego na krytykowanym od góry do dołu „Heritage”. Z jednym „ale”. Michał zrozumiał wreszcie, że sączeniem rzewnych łez może podbić jedynie serca fanek Within Temptation. Dobrze ogarnął, bo na „Sorceress” króluje rock. Dynamiczne i rasowe kawałki, w których to konsekwentnie tańcują zmyślne motywy oraz siła prostego, acz dosadnego riffowania. Zawieście ucho na takim „Chrysalis”. Przepraszam was najmocniej, lecz ta zwariowana wymiana solówek po linii klawisz-gitara zamiotła tak, że pytań nie mam. Albo takie „The Wilde Flowers”. Hit, co się zowie, moi mili. Jest riff, melodia, refren i garstka ekwilibrystyki w dobrym guście. Nie ekskrementów, jak to ongiś bywało.Opeth band

Jak łatwo dostrzec, „Sorceress” to rzecz, która zamyka usta nawet tak zblazowanym malkontentom jak niżej podpisany. Pomijam oczywiście fanów Opeth, którzy gdzieś tak po „Watershed” strzelili focha na swoją – niby – ulubioną formację. Obraza trwa do dnia dzisiejszego, ale tym lepiej. Mikael, dalej komponuj tak świetną muzykę. Doprowadzaj do uśmiechu na mej twarzy i regularnych ataków wścieklizny u swoich wielbicieli. Proszę cię o to bardzo.

Łukasz Brzozowski 

Pięć