OCTOBER TIDE – Tunnel of No Light (Pulverised)

Podobno ludzie, niezależnie od tego, jaką profesję i drogę życia obierają, dzielą się na zasadniczo dwie kategorie – artyści i ludzie prości. W ten sam sposób podzielić można muzyków, bo czy istnieje trzecia odmiana grajka (pierwsza to poszukujący artysta, druga – prosty odtwórca…)? Idąc dalej za tą myślą – jak w takim razie sklasyfikować i nazwać October Tide?

Gdybym przed laty nie poznał pewnego zespołu i w konsekwencji tego spotkania nie odkrył albumu „Blackwater Park”, istniałaby duża szansa na to, że dziś nazwałbym October Tide odkryciem i nadzieją klimatycznego metalu. Niestety albo nawet i stety, zdarte niemal doszczętnie kasety Opeth ciągle zajmują honorowe miejsce na mojej półce. Zespół ten chyba już do końca pozostanie dla mnie synonimem jakości i prawdziwej sztuki, jeśli chodzi o bardziej refleksyjne, klimatyczne metalowe granie. October Tide grają muzykę naprawdę bardzo dobrą, zręcznie umykając cukierkowatych i ckliwych patentów lecz jak dla mnie są to dźwięki cholernie ciężko doświadczone przez ducha starych płyt Opeth, podobne pomysły, podobne melodyjnie płynące aczkolwiek mocarnie ciężkie riffy. Słowem, głównym a właściwie jedynym zarzutem jaki mam do zawartości „Tunnel…” będzie fakt zbyt niskiego ukłonu, jaki składają tym, którzy wyznaczali ścieżki. A wiadomo, że nisko kłaniają się głównie ludzie prości…

October Tide rozwija swoje kompozycje w oparciu o solidny szkielet ogranego i świadomego instrumentarium. Brzmienie ciężkich acz – co podkreślę po raz wtóry – melodyjnych gitar balansuje między doom a death metalem. Bez zawiłości, blastów, elektroniki i innych fajerwerków zespół buduje doskonały, klimatyczny i naprawdę wciągający kawałek muzyki. Muzyki, która płynie i wciąga do tej smutnej, wyobcowanej historii o samotności, strachu i wszystkim tym, co kryje się w cieniu. W dzisiejszym świecie raczej nikt tak już nie gra a zespoły, które niegdyś wyznaczały tego typu trendy, stanowią dziś karykatury samych siebie sprzed lat kilku.

„Tunnel…” to dobry, metalowy album, zupełnie nie przystający do trendów i epoki, ale przez to właśnie pociągający i budzący sentyment za czymś, co odeszło bezpowrotnie. Jedyne, czego mi tu brak to oryginalność.

Wisław Czajkowski

Trzy i pół