OCN – Demon i karzeł (Warner Music Poland)

Ucieszyłem się na wieść o nowej płycie zespołu Macka Wasio. Ucieszyłem się, niezależnie od tego co usłyszę, od języka w jakim nagrano album. Bo OCN, od początku, jeszcze kiedy występował pod nazwą Ocean budził mój uśmiech. Z czasem stał się takim przyjacielem, na którego czekałem, wiedząc, że dostanę kolejną porcję dobrej muzyki. Nie oczekiwałem rewolucji, choć sam zespół mocno kombinował i poszukiwał nowych możliwości. Teraz też powraca, majstrując banana na mojej twarzy i po raz kolejny pokazuje, że nic w przyrodzie nie jest tak pewne jak zmiany.

Kiedy pisałem o poprzedniej płycie Waterfall, pozwoliłem sobie wyrazić opinię, że oto OCN stoi u progu wielkiej kariery. I faktycznie, zespół miał wszystkie potrzebne narzędzia w ręku – poczynając od anglojęzycznej płyty, międzynarodowego kontraktu a kończąc na determinacji i twardemu stąpaniu po ziemi. No i? Jak było, wie sam zespół a ja nie zamierzam roztrząsać sprawy. Dość, że dzisiaj grupa powraca. Ze starej ekipy pozostał jedynie niezłomny Maciek, jest nowa, świetna sekcja rytmiczna Radek Owczarz/Michał Kaleciński i znowu – co ogłaszam z radością – polskie teksty. Jakoś mi OCN lepiej brzmi, kiedy śpiewa po naszemu. Choć tym razem zmiana była wynikiem bardzo osobistego podejścia Macka do tej płyty, chęci wyrzucenia z siebie nagromadzonych demonów co tłamsiły duszę. A pomijając patetyczne wjazdy – Maciek zrobił po prostu surowe rozliczenie ze swoim życiem, czego efektem są chyba najmroczniejsze słowa, rzecz jasna, bez ekshibicjonizmu, ale z dużą dawką emocjonalnego dociskania pedału. Dzięki temu nowe piosenki są bliskie ciału niczym podkoszulek, dotykają bezpośrednio wrażliwości, pozwalając jednocześnie przeżywać wraz z zespołem poszczególne fragmenty. Sama muzyka – cóż, znowu napiszę to co kiedyś. Jest dobrze znajoma, z całą paletą Maćkowych patentów wokalnych –  gość wyrobił sobie bardzo charakterystyczną manierę i potrafi w 100% wykorzystać swoje możliwości. Co się zmieniło? Na pewno produkcja. Bo przyznam z pewną nieśmiałością, że z perspektywy czasu, brzmienie „Waterfall” ma jednak w sobie coś nienaturalnego, czuć w tym wszystkim odrobinę przeprodukowania. Za to na „Demonie…” postawiono przede wszystkim na nogi brzmienie sekcji, która wali po uszach. Werbel jest werblem, blachy ostro atakują z góry, do tego bas przyjemnie krąży po jelitach, pobudzając perystaltykę. Doły są, a gitara Macka jak zwykle pisze krajobrazy, od tych najostrzejszych po spokojne skargi. Nie zmienił się też klimat, nadal pozostający gdzieś w okolicach deszczowego popołudnia. Zasiądźmy zatem na ławeczce przed domem, wyciągnijmy butelkę wina i ruszajmy w podróż.OCN_Fot. Roland Okoń (20)

Gros numerów  z płyty odznacza się mocnym szkieletem, rysowanym solidną pracą sekcji, jak chociażby dynamiczny  utwór tytułowy czy równie agresywny (kojarzący mi się delikatnie z Luxtorpedą…) „Koniec”. W zupełnie starym stylu, gdzieś z okolic drugiej/trzeciej płyty jest przebojowy, zagrany z rozmachem „Na zawsze”, jest też agresywny „Pasożyt” z mocnym, dosadnym tekstem. To jedna odsłona tej płyty. Po drugiej stronie sadowią się spowite psychodeliczną mgiełką smutasy, czyli firmowy patent zespołu na wciskanie słuchacza w fotel. Delikatny, zakończony gitarowym sprzęgiem „Tam i tu”, piękna piosenka „Posągi” czy promowany teledyskiem „Dom”. Estradowo robi się w obleczonym w delikatne smyki  „Nie czuję już nic” czy balladowym „Na oślep”. Dużo nastrojów, dużo koloryzowania. Proste pomysły z czasem jak zwykle ujawniają drugie dno, dużą ilość fajnych, miękkich brzmień i pomysłów aranżacyjnych, świetnie łączących przystępność formy z dojrzałym wyrafinowaniem kompozycyjnym. Tu nie ma hałasowania dla hałasowania, wszystko ma sens, łączy się z refleksyjnym przekazem. Można z przymrożeniem oka potraktować emocjonalne podejście Maćka do muzyki, ale właśnie dzięki temu nabiera ona życia, rumieńców i chce się do tej płyty powracać, bo… jestem w stanie jej uwierzyć i przyjąć do siebie. Potraktować tak samo osobiście, jak Maciek traktuje słuchacza. Ok, brak dystansu? Zacieranie granicy rzetelnego dziennikarstwa ze strony niżej podpisanego? Nigdy nie starałem się pozować na zimnego, obiektywnego komentatora, tym bardziej, że nowe dzieło OCN właśnie tak odbierane może poczynić szramę w głowie. To piosenki, ale wykraczające poza radiowy schemat łatwych i pustych playerów. Na razie wszystko się jednak zgadza, bo w radiu już można usłyszeć nowe nagrania zespołu, zatem… może można połączyć sztukę z przystępnością i jakimś mocniejszym, lekko brutalnym przekazem? Bezkompromisowość? Być może nie, ale zdrowa dawka arogancji i szczerości jak najbardziej. OCN potrafi to wyważyć i podać w odpowiednich proporcjach, by nie otruć, tylko uzależnić. Odwyk nie będzie potrzebny.

Arek Lerch

Zdjęcie: Roland Okoń

Pięć i pół