OBSCURA – Akroasis (Relapse)

Obscura swoją nową płytą potwierdza wszystkie zalety, bolączki i aspiracje metalu w swojej teoretycznie najambitniejszej formule. Formule, która wyniosła dziesiątki jeśli nie setki zespołów na piedestał i pozostawiła je tam same sobie, bez wiedzy co mają z tymi swoimi ambicjami zrobić. I tak sobie tkwią od lat, oczywiście zachwycając, ale z tych zachwytów niewiele wynika. A to w efekcie daje nam zero – obojętność idealną.

Metal – co jest dzisiaj paradoksem – idealnie poradził sobie w zmieniającym się świecie. Stał się symbolem otwartości i zmian, ale też i swego rodzaju zwierciadłem (ok., może ciut krzywym…), w którym przegląda się współczesna muzyka popularna. Dlatego nikogo już nie zachwycają techniczne wygibasy, bo w modzie jest psychodelia, trans, drony czy co bardziej awangardowe odjazdy. Nierzadko metalem bywa nazywana muzyka, która w gruncie rzeczy wcale już nim nie jest. Na tym tle Obscura może lśnić niczym nieskażony diament. Oczywiście – diament z minionej epoki.Obscura 1

Najciekawszy w tym jest fakt, że sam zespół pozostaje pewnie przekonany, że nadal tworzy w awangardzie, wyprzedzając swój czas. Stąd poczucie, że ciągle mam do czynienia z muzykami zarozumiale popisującymi się przed odbiorcą. Choć z drugiej strony, Obscura w tym swoim zarozumialstwie dojrzała i to jest jedyny powód, dla którego można płyty posłuchać. Pozostając ultra-technicznym tworem, zespół zdecydował się jednak odrzucić część dotychczasowych znaków rozpoznawczych, stąd na nowej płycie mniej blastów czy tradycyjnego, przyprawiającego o ból głowy łamania i wykrzywiania aranżacji. Technika nierzadko ustępuje pola wolniejszym i przestrzennym strukturom, eksponującym potężny riff, jest więcej melodii, także tej dosłownej. Oczywiście, zespół nie byłby sobą, gdyby nie sięgał do tech – metalowej skarbnicy. Stąd pojawiające się tu i ówdzie cytaty w postaci zagrywek tzw. fretless basu, barokowej ornamentyki gitarowej czy zniekształcającego głos vocodera, co przywodzi na myśl dokonania Cynic z okresu „Focus”. To wszystko już było, choć podane jest w bardzo atrakcyjnej formie. Nerwy puszczają muzykom jedynie w zamykającej płytę, piętnastominutowej kompozycji „Weltseele”, gdzie dają upust swoim fascynacjom – jest rozbudowany aranż, jest patos, jest wreszcie symfoniczne uniesienie gdzieś w środku, niezliczone zmiany nastrojów i tematów. Skarbnica. Labirynt, przez który można przejść, jeśli jest się maniakiem takiej formuły.

Osobiście trochę oddaliłem się od tego typu muzyki, stąd pozwolę sobie nie wystawiać punktacji. Płyta, która obiektywnie maniakom technicznego death metalu powinna przypaść do gustu, choć subiektywnie brakuje mi tu historii, czegoś co do mnie przemówi i zabierze w podróż. Pozostanę na brzegu.

Arek Lerch