OBITUARY – Ten Thousand Ways to Die (Relapse)

Kto zamordował koncertowe płyty metalowe? Odpowiedź wydaje się oczywista – rozwój technologii, przejście z audio na standard audiowizualny, dostępność rejestracji koncertów na youtubie, wreszcie dostępność samych koncertów. Nie ma już potrzeby mordować się z rzężącą koncertówką, dopowiadać sobie wyobraźnią bandę spoconych kudłaczy i wyobrażać sobie, że „ooo, ale fajnie byłoby tam być”. Większość najbardziej zainteresowanych już to wszystko zdążyła obejrzeć na żywo, więc ktokolwiek odpowiada za to morderstwo, nikt nie ma mu tego za złe. Metalowe koncertówki to anachronizm taki sam jak muzyka Obituary, więc chyba wszystko jest na swoim miejscu. Tym bardziej, że sam zespół i jego wytwórnia wydają się świadomi, że przedsięwzięcie pt. „Ten Thousand Ways to Die” jest bez sensu.

Oczywiście, bardzo lubię Obituary. Co więcej, uważam, że ich ostatni album Inked In Blood jest więcej niż dobry i potwierdza, że jego twórcy należą do nielicznego grona weteranów death metalu, których wciąż da się słuchać z przyjemnością. Ilekroć widziałem ich na żywo byłem zachwycony. Miałem wrażenie, że czas zatrzymał się w latach 90., a ich siermiężne granie nigdy się nie zestarzeje, bo nigdy nie było młode. W czym zatem problem z „Ten Thousand Ways to Die”? Chyba w tym, że nie mam pojęcia komu to wydawnictwo w ogóle jest potrzebne. Znacznie lepiej wraca mi się do starszej o osiemnaście (Jezu, jaki jestem stary) lat płyty „Dead”, która uchwyciła koncertową moc Obituary bez konieczności dorabiania do niej przypisów. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić aż tak ortodoksyjnego fana, takiego co woli wycharkać te parę dolców na zapis jakiegoś koncertu, który wisi w internetach w jakości HD, a za pół roku przyjedzie mu pod dom. Być może kierując się przeświadczeniem, że takie jednostki są na wyginięciu, zespół i wytwórnia dorzucają dwa premierowe kawałki studyjne, które zapewne mają być pussymagnetem dla tych, którzy „chcą mieć wszystko”. Niestety, są one słabe, generyczne i fatalnie wyprodukowane, grubo poniżej poziomu hitów z „Inked in Blood”, że o „World Demise” z litości nie wspomnę. I znów, nie wyobrażam sobie, że nawet Nekrologowi Ultrasi stwierdzą, że to jest najlepsze, na co stać ich idoli.obi-band

Oczywiście, wciąż ukazuje się mnóstwo dobrych płyt koncertowych, tych jednak należy szukać np. we współczesnym free jazzie. Metal stał się muzyką studyjną, miliony koncertowych DVD łapią kurz na wyprzedażach. Nie będzie już drugiego „Decade of Aggression”, „Live in Leipzig”, „Live Without Sense” ani „Mortal Way of Live”. Nie będzie nawet drugiego „Dead”. Obituary nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, „Ten Thousand Ways to Die” traktuję jako pomijalny incydent. Czekam na kolejny album studyjny, chętnie przejdę się na koncert. Byt pośredni jest mi niepotrzebny.

Bartosz Cieślak

Dwa