OBITUARY – Inked In Blood (Relapse)

Zatęchła i ponura jesień to dla mnie idealny okres na słuchanie metalu, zwłaszcza jeśli mogę sobie odpalić w całości, solidny i ostry jak piła, która ścięła głowę z okładki „Inked In Blood”, wciąż gorący album Obituary, o tym właśnie tytule. Ten band to już legenda, aż wstyd byłoby przyznać, że ich się nie zna, zwłaszcza jeżeli kiedykolwiek uważałeś się za prawdziwego maniaka takich potępieńczych i śmiercionośnych dźwięków. Spółka Tardy&Tardy po pięciu latach znowu w natarciu, za wszystkim stoi Relapse Records, więc może być tylko dobrze.

Naprawdę morda mi się cieszyła na wieść o tym, że nagrywają kolejny longplay. Dobre 20-25 lat temu bezapelacyjnie rządzili na scenie metalowej, przynajmniej ja maksymalnie zajechałem kilka ich kaset. Sam zespół swoje nowe dzieło skwitował, że jest „ciężkie jak wór z jajami osła”, nie wiem co myśleć o tym wydawałoby się mocno obrazowym opisie, ale coś w tym jest. Na pewno jest mocny jak diabli, resztę wypowiedzi wybaczcie, ale celowo pominę. Premiera albumu zbiega się, tuż przed końcem roku, z 30-leciem działalności tych starszych panów z Florydy, ciągle nie wybierających się na emeryturę; staż pracy godny podziwu. To co podali na „Inked In Blood”, to czystej wody śmierć metal starej szkoły, zresztą, czego można było się po nich spodziewać? Że zaczną grać death core? Nic z tych rzeczy! Kilka z nowych killerów zaprezentowali szerszej publice na żywo podczas tegorocznego, europejskiego tournee, np. dwie, myślę, ciekawsze pozycje z płyty, mianowicie „Visions In My Head” i track tytułowy, brzmiące jak wzięte żywcem z „World Demise”, albo „Frozen In Time”, co może być tylko rekomendacją. Nigdy nie grali ultra szybko, co też słychać i na tym albumie – tona arcygroźnych riff’ów, dużo rozjechanych gitar, zajebiste solówki, w pakiecie super gra Donalda Tardy’ego na bębnach, która pozornie nie jest zbyt skomplikowana, ale typ potrafi zastawić pułapki. Bardzo podobają mi się też otwierający, porządnie rozpędzony „Ceturies Of Lies”, walcowaty „Pain Inside”, czyli klasycznie w ich stylu. Dalej np. „Violence”, przypominający mi najbardziej „Slowly We Rot”, szybko, prosto i do przodu, wprost idealnie pod circle pit, a kończymy na utrzymanym w średnim tempie „Paralized With Fear”. Miód.Ester Segarra

Oczywiście, że nie jest to ich najlepszy album, czy szczytowe osiągnięcie w karierze, która zaraz przekroczy trzy dekady, dziwnym byłoby gdyby takowym był, ale by przesadnie nie narzekać, powroty akurat takich zespołów i świeże nagrania zdecydowanie poprawiają człowiekowi humor. Brzmienie oczywiście czyste i soczyste; jeśli ktoś w utknął na dobre w latach 90-tych, może mieć z tym problem, co zrobić, takie czasy, że nikt w dobie techniki i cyfrowej jakości nie będzie celowo brudził i robił syfu, żeby udawać bardziej staroświecki sound, jak na przykład niektórzy muzycy z Norwegii. Nie strzępiąc języka po próżnicy, „Inked…” idealnie oddaje klimat i formę jaką Obituary stworzyli przed laty, myślę, że nie dadzą o sobie zapomnieć, chyba, że zaczną „gnić powoli”.

Sam Tromsa

Pięć