OBEY THE BRAVE – Salvation (Epitaph Records)

Aż (nie)miło pisać takie recenzje. Debiut Obey the Brave, zespołu powołanego w czasie kiedy Despised Icon zawiesiło działalność, był powiewem świeżości na scenie, ciekawą i dość nieoczekiwaną odskocznią Alexa Eriana (frontmana DI – przyp.red.) i szansą na to, aby wymknąć się spod jarzma death metalu. Udało się, ale dwa lata później, kiedy zespół „okrzepł”, okazuje się, że ta przygoda nie do końca ma sens. Wręcz przeciwnie, skoro wskrzeszono Despised Icon, Obey The Brave, z całym szacunkiem dla skądinąd dobrych muzyków tworzących ten skład, winno odejść w odstawkę.

Niestety, jak mniemam, kasa ma tutaj priorytet, a tej na OTB można zarobić niemało. Merch zespołu cały czas świetnie się sprzedaje, panowie grają coraz to bardziej lukratywne trasy, czasem jako headliner i doskonale radzą sobie na dziwnej i rządzącej się szalonymi prawidłami północnoamerykańskiej scenie. Dziwię się, bo to, co serwują na swoim drugim i kompletnie niefortunnie zatytułowanym albumie, jest komercyjną wariacją na temat ciosu zadanego na „Young Blood”.Obey Band

Z dwunastu premierowych kompozycji w „ucho” wpadają te już znane, jak „Full Circle” czy udostępnione wcześniej, proste, trącące beatdown’ową manierą „Short Fuse”. Do tego dorzućmy „Raise Your Voice” i pakiet hitów zostaje wyczerpany. Niektóre z utworów mają aspiracje do tego by dołączyć do żelaznego, koncertowego arsenału, mam tutaj na myśli walące na kilometr A Day to Remember „Back in the day”, czy bardzo motoryczny „Lone Wolf”. Aczkolwiek z żalem stwierdzam, że mimo fragmentarycznych przejawów modern hardcore’owego geniuszu (groove „C’est la vie”), wszystkie wycieczki w komercyjną stronę skazują ten materiał na porażkę. Szkoda, bo tak sprawni instrumentaliści i jeden z moich ulubionych wokalistów ostatniej dekady nie powinni błaźnić się tak bardzo skomponowanym pod publiczkę albumem. Nie przystoi to ani Alexowi Erianowi, ani perkusyjnej maszynie napędzającej całe to przedsięwzięcie.

Grzegorz „Chain” Pindor

Dwa i pół