O.D.R.A – V (BSFD)

Bardzo cenię sobie O.D.R.Ę jako zespół koncertowy – chłopaki podchodzą do kwestii występów na żywo całkowicie bezstresowo, na totalnym luzie, nie przejmując się szczególnie imidżem i sceniczną prezencją (albo, paradoksalnie, specjalnie sprawiając wrażenie wyciągniętych z rynsztoka hippisów), co tylko dodaje autentyczności ich bardzo przecież obskurnej muzyce. Niestety, z O.D.R.Ą w wersji studyjnej zawsze miałem bliżej nieokreślony problem. Dopiero „Sexnarkoman” dał mi pewne nadzieje, odmieniając nieco jednowymiarowe oblicze muzyki wrocławian. „V”, na całe szczęście, jest kontynuacją tej dobrej tendencji.

O.D.R.Ę można nienawidzić, ale można też ją ubóstwiać. Stan pośredni trudno mi sobie wyobrazić. Brudna, obrzydliwa i zawalona gruzem propozycja wrocławskiego zespołu nikogo nie powinna pozostawić obojętnym, jednak szansa, że przypodoba się ona szerszemu gronu odbiorców jest bardzo niewielka – żeby nie powiedzieć, że żadna. „V” tego nie zmieni. Muzyka O.D.R.Y to wciąż bezwzględny turpizm, zarówno brzmieniowy, jak i liryczny. Wrocławianie swoją twórczością stawiają pomnik brzydocie i upadkowi, a pomnik ten jest wyjątkowo nieurodziwy. Lub – bo tak też można powiedzieć – intrygująco brzydki i przyznam, że to chyba właściwsze określenie. Grać niedbale, źle i okropnie to każdy głupi umie. Ale zagrać tak paskudnie jak O.D.R.A… No to już rzadki dar.Band o.d.r.a

W porównaniu do poprzednich dokonań, „V” ma w sobie więcej groove’u i bardziej buja, choć fundament w postaci ciężkich jak cholera i maksymalnie przesterowanych gitar pozostał zachowany. Kolejny znak rozpoznawczy grupy – partie wokalne Tomka Osińskiego – nadal są równie okropne. Wychodzi więc na to, że nic się nie zmieniło, jednak najnowszy materiał zespołu jest jakby bardziej organiczny od poprzednich dokonań – niby wciąż równie siermiężny, ale przy tym jakby bardziej wyluzowany, momentami wręcz nieco punkowy. Nawet brzmienie albumu nie jest typowym zadymionym i bulgoczącym sludge’m granym pod „Funeralopolis”, a O.D.R.A – nawet w przypadku zwolnień – gra stosunkowo dynamicznie. Czasem – jak na początku „Dyktatu sutenera” lub „Wideł” – wręcz zaskakująco.

Mam ze słuchania „V” jakąś dziwną, patologiczną przyjemność. Można chłopakom sporo zarzucić, można się czepiać, ale nie można im odmówić jednego – brzmią po naszemu. Nie chodzi nawet o to, że teksty są w języku polskim; po prostu O.D.R.A ma w sobie wyraźny rodzimy pierwiastek, który sprawia, że cały ten syf płynący ich brzmieniowym rynsztokiem jest dobrze znany i autentyczny. Brudny, ohydny i plugawy? Pewnie, ale przede wszystkim nasz własny.

Michał Fryga

Cztery