O.D.R.A. – Karl Denke Blues (B.S.F.D. Records)

Kolejny zespół, który obnosi ze swoim pochodzeniem – wrocławscy muzycy przypięli sobie łatkę „silesian rebels”. Niech im będzie, tym bardziej, że faktycznie płytą wywołują małą rebelię. Przynajmniej u mnie w domu.

 

A zaczęło się zupełnie niewinnie. Próbowałem słuchać płyty, jak zwykle, cichutko, co by domownikom nie przeszkadzać. Nie dało rady. Cholernie analogowe, surowe brzmienie płyty prowokowało, by sprawdzić, co się stanie, gdyby rozkręcić wzmacniacz na full – tak też zrobiłem. Na poziomie utworu „Karl Denke Blues” do pokoju wpadła z furią moja lepsza połowa, informując, że wyprowadza się do teściowej, wcześniej zaś dzwoni na pogotowie i policję. W sumie dziwię się, że nie zrobiła tego już w czasie kawałka „Gnijące Miasto”, bo była to chłosta na zdecydowanie wysokich obrotach. To zresztą jedyny numer, który ośmieliłbym się nazwać czymś w rodzaju wynaturzonego hardcore’a. Wrocławski zespół upodobał sobie bagienny, potwornie rozjechany nawałnicą efektów sludge rock, oparty na transie wielokrotnie powtarzanych fraz, które po pewnym czasie zaczynają mozolnie rzeźbić dziurę w mózgu. Jeśli dorzucić do tego plującego piekłem wokalistę (dawno nie słyszałem tak wściekłego wrzasku…), mamy całkiem przyjemny obrazek. Zespół nie szuka rozwiązań kompromisowych, raczej przegina na każdym polu. Przy nich koledzy z Vagitarians, też przecież poruszający się w podobnej, dźwiękowej przestrzeni, są wesołą drużyną skautów. Zaflegmiony, napakowany diabelskim sztafażem wykop ma jeszcze jedną bardzo ważną zaletę – brzmi jakby ktoś zrzucił na łeb całą wywrotkę gruzu. Przez chwilę próbowałem zastanawiać się nad niuansami tej produkcji, analizować aranżacje, poukładać sobie wszystko w jakąś całość. Nie da się. Trzeba chłonąć ten hałas wszystkimi porami, przyswajać smród palonych wzmacniaczy, wymieszany z trawką i słodkawym zapachem rozkładu. Nie wiem, czy chłopaki są całkiem normalni, bo jeśli często ogrywają ten materiał na próbach, mogą po prostu być wariatami.

Jeśli przyjąć poważną rolę krytyka muzycznego, trzeba jednak podkreślić, że poza oczywistym przesuwaniem granicy ekstremy, zespół nie odkrywa niczego, czego wcześniej nie tknęli chłopaczkowie z Bongzilli czy nawet Crowbar i EyeHateGod. No, dorzućmy jeszcze Cough, jako najbliższy dźwiękowym pokrewieństwem wrocławianom. Słuchanie tej masakry sprawiało mi jednak dużą przyjemność. Po oswojeniu z monstrualną produkcją, pogodzeniu się ze stratą żony, z butelką wódki w dłoni, rozwalałem resztki sprzętów domowych w takt „Odrowąża”, „Zdziczałego Lumpa” i „Inkwizytora”. Skoro Wrocław jest Święty i ma O.D.R.Ę., przeprowadzam się tam natychmiast, bo w Warszawie nic mnie już nie trzyma.

Arek Lerch