NUMENOREAN – Home (Season of Mist)

Od zawsze wiadomo, co jest podstawą dobrej promocji – skandalik, rzucające się na uszy plotki, a w mniejszym wymiarze dobra okładka. Dobra, czyli taka co walnie po łbie, wkurzy czy obrazi. Niezależnie od muzyki, która może sobie być i dobra. W przypadku Numenorean jest w zasadzie ok, ot, post – black – coś – tam – czasami – metalowa. Ale i tak okładka jest tu najważniejsza…

Nie wiem do końca o co chodzi z tym zdjęciem zakrwawionego, czy zmasakrowanego dziecięcia, ale fakt pozostaje – kontrowersja jest i nawet jeśli zespół nie zostanie mistrzem świata sprzedaży swoich płyt to parę osób o nim usłyszy. Zapewne panowie z Season of Mist parę razy wzięli większy oddech, kiedy płyta trafiała do sklepów, ale może się opłaciło, kto wie… W każdym razie mamy kolejnego pretendenta do tronu z napisem „post coś tam”. Zespół z Calgary zdaje sobie sprawę, że jeśli przy ich nazwie będą brylować takie ikony jak Wolves In The Throne Room czy Deafheaven, że o Lantlôs nie wspomnę, na pewno znajdą wśród brodatej, wąskospodniowej braci paru chętnych. I byłbym hipokrytą, odmawiając im talentu do pisania w sumie poprawnej a  miejscami (w spokojniejszych fragmentach) niezłej muzyki. Jedno jest jednak pewne i z tego zespół sprawę zdać sobie musi – oryginalności na płycie Home jest może z 5%. Band

Przede wszystkim, klasyczna mikstura – blackowy, mglisty w brzmieniu wyziew, zmiksowany z postrockiem (niektórzy użyją słowa shoegaze) i psychodelią. W różnych proporcjach i w zasadzie aranżacje dotyczą głównie długości i kolejności w jakich ułożone obok siebie są te rozmemłane, klimatyczne pasaże i mocny dop… Szkoda tylko, że mocniejsze fragmenty nie wyróżniają się jakimiś specjalnie oryginalnymi riffami. Ot, rzeźnia. Może dlatego najbardziej podobają mi się te jednorodne strzały w rodzaju „Shoreless”, gdzie głównym składnikiem jest mieszanina zawiesistego dronu i gitarowych preparacji. Zazwyczaj mamy zaś do czynienia z mieszaniną – w „Home” black łączy się z psychodelią i szugejzowymi klimatami w stylu Alcest, podobnie jest z „Thirst”, tyle, że tym przypadku zespół w mocnej riffowni najbardziej zbliża się do klasycznego, leśnego black metalu. Szkoda, że w „Lacid Down” nie zdecydowali się skupić jedynie na klimacie, bo spokojne wstawki, zaczynające się w trzeciej i szóstej minucie utworu są świetne i chce się do nich wracać, co pokazuje, że takie rzeczy wychodzą Numenorean chyba lepiej niż black’owe mielenie.

Problem zespołu polega na tym, że swoją muzykę robi, owszem, dobrze, ale załapał się na moment, kiedy tego typu eklektyczna mieszanina została już przewałkowana przez setki wykonawców i w 2016 roku raczej wrażenia na nikim nie robi, choć posłuchać można. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś będzie chciał mieć na półce płytę z kontrowersyjną okładką…

Arek Lerch

Trzy