NUCLEAR VOMIT  – Koryto (Mad Lion Rec.)

Zazwyczaj staram się dbać o to by w mojej pisaninie nie było słów uważanych powszechnie za wulgarne czy też obraźliwie. Tym razem jednak postanowiłem zrobić mały wyjątek. Po prostu, kurwa muszę… Nie da się w pięknych słowach opisać tak obleśnie wspaniałej, grind core’owej produkcji jaką z końcem tego roku uraczył nas Nuclear Vomit. Normalnie się kurwa nie da…


This is fucking koryto ryczy wokalista w numerze tytułowym i jest to doskonała myśl przewodnia, którą można w wielkim skrócie opisać zawartość nowego dzieła Nuclear Vomit. Nie jest to płyta dla miłośników nowoczesnego, technicznego, brutalnego grania i sterylnych produkcji. Jest to album wulgarny, chamski i obsceniczny, czyli sto procent grind core’owych pomyj. „Koryto” niczym nie zaskakuje i tak naprawdę nie musi bo po tym zespole spodziewałem się wszystkiego tylko nie nowatorstwa. W stosunku do poprzedniego wydawnictwa „Obora”, „Koryto” jest produkcją zdecydowanie bardziej surową, grindową. Mniej jest tu intensywności brutalnego death metalu a więcej dzikiej furii opartej na najlepszych, grindowych patentach. Moją uwagę zwrócił fakt, że sporo kawałków opartych jest na klasycznie brzmiącym, rock’n’roll’owym rdzeniu i nie chodzi mi  bynajmniej tylko o świetne „Say ’10’” oraz „Grindhouse Fuck (Hellvis Pigsley)”. Brzmi to niczym gadanina chorego psychicznie, ale tak jest naprawdę. W patologiczny i przewrotny sposób oba te gatunki egzystują na „Koryto” obok siebie. Można powiedzieć, że ten album do doskonały przykład bękarta zrodzonego z gwałtu brudnego grindu na swawolnym i wesołym rock’n’roll’u.

Nowa produkcja Nuclear Vomit to przede wszystkim bardzo dobra muzyka, jednak mniej wyrobieni słuchacze przy pierwszym kontakcie z płytą na początku zwrócą uwagę na dużą porcję różnych fizjologiczno-świńskich sampli, które, co tu dużo nie mówić, fajnie kontrastują z brutalnym łomotem. Jak dla mnie te wszystkie wstawki spełniają jeszcze jedną, ważną funkcję. Przy dość długich, oscylujących w granicach trzech minut utworach sprawiają, że ekstremalna nawałnica nie przytłacza ani nie nuży, dając krótkie chwile oddechu od lejącego się z głośników czadu. Taki oddech jest czasem potrzebny, ot choćby po to by mocniej odczuć kolejny cios.

„Koryto” to popis grind core’owej sztuki wokalnej. Dokładniej mówiąc mamy przyjemność obcować z głosami dwójki wokalistów, którzy serwują całą gamę wrzasków, kwików, growli i innych technik śpiewu wprost z Obory…tfu! wprost z Koryta oczywiście!

„Koryto” to jeden z ciekawszych, grindowych albumów jakie ukazały się w ostatnich miesiącach w Europie. Paradoksalnie w naszym dziwnym kraju narodził się kolejny potwór, który przy odrobinie szczęścia może zostać zauważony na świecie.  Nie ma co się oszukiwać – u nas rynek dla takiej muzyki praktycznie nie istnieje i tylko wybicie się z płytą poza granice może sprawić, że Nuclear Vomit rozwinie skrzydła i dotrze ze swoją muzą do większego grona odbiorców. Z mojej strony „Koryto” ma pełną rekomendację.

Wiesław Czajkowski  5